Włoski przyczółek
Via Venezia - deptak i widok na marinę, Piazza Ferrarese, Teatro Margherita oraz wznoszące się budynki “nowej” dzielnicy Murat (Borgo Murattiano).
W naszej polskiej, społecznej świadomości, podobnie jak i w świadomości społeczeństw innych krajów, funkcjonuje wiele mitów. Co ciekawe, niektóre przesiąknęły nawet do szkół i nie są one częścią lekcji o mitologii, ale regularnej historii. Jednym z takich mitów jest to, że pewna Włoszka, córka księżnej Neapolu i Bari, Isabeli d’Aragona (lub po polsku: Izabeli Aragońskiej), niejaka Bona Sforza, wprowadziła – używając współczesnego języka – na rynek tzw. włoszczyznę. Tą „włoszczyzną” były ponoć między innymi kalafiory, karczochy, brokuły, kapusta, marchew, sałata i szpinak oraz oregano, rozmaryn, tymianek i uwielbiane przez Bonę korzenne przyprawy. Obecnie wiemy jednak, że nie do końca jest to prawdą.
Aeroporto Internazionale di Bari - Karol Wojtyła. Z warszawskiej pluchy w przyjemne plus dwadzieścia pięć. Tradycyjnie, my, “la gente del Nord”, w T-shirtach. Włosi w kurtkach.
Oto 18 kwietnia 1518 roku owdowiały król Polski, Zygmunt Jagiellończyk, zwany Starym, poślubia w Krakowie Bonę. Więc według mitu, niejako od tego dnia Polacy zaczynają poznawać włoszczyznę. Faktu, że wtedy, już od dawien dawna, stoły pańskie uginały się od tłustych mięs, dziczyzny, kapłonów i pitnych miodów, nie da się podważyć. Ale to nie jest tak, że wymienione wyżej warzywa i przyprawy zostały przedstawione społeczeństwu polskiemu dopiero przez nową (drugą), włoską żonę Zygmunta. To nie stało się z dnia na dzień i nie było nagłym objawieniem.
Czy jeśli pokażę Włochom zdjęcie cebuli,, buraków, czy ogórków z mojego pobliskiego bazaru w Białymstoku, to będę mógł zatytułować je “vegepolacchi”? Na zdjęciu słynna “włoszczyzna” - rzecz jasna we Włoszech.
Nie wszyscy wprawdzie, ale wielu z ówcześnie żyjących znało zagraniczne – nazwijmy to – artykuły spożywcze. Trzeba pamiętać, że w owych już czasach wielu ludzi podróżowało na południe Europy, czy to po to, by studiować, czy też w interesach. Na nauki do Italii wyjeżdżało wielu przedstawicieli polskich rodów. Doktorat nauk można było z resztą, za odpowiednią opłatą, uzyskać dajmy na to w Rzymie w dwa tygodnie, z czego wielu korzystało. Między dwoma krajami istniały intensywne kontakty biznesowe, w samym Krakowie już wtedy mieszkało kilkuset Włochów. Wielu ludzi było osobami bardzo, jak na tamte czasy, mobilnymi, z szerokimi horyzontami i równie szerokimi kontaktami.
Lungomare Imperatore Augusto - Nabrzeże Cesarza Augusta
Istniała już wtedy dość intensywna współpraca między ludźmi z północy a tymi z południa, więc aż trudno uwierzyć, że kultura, obyczaje, moda i kulinaria nie przenikały z południa na nasz grunt. Innymi słowy: nie tylko ja z żoneczką przywozimy i przywoziliśmy z południowoeuropejskich wojaży karczochy i guanciale, ale ówcześni po prostu musieli również ze sobą coś od czasu do czasu przywieźć. I to na długo przed tym, zanim Bona Sforza nie tylko została królową Polski, ale w ogóle o naszym kraju usłyszała.
Bona nie tyle „przywiozła” do Polski „włoszczyznę”, co ją spopularyzowała. I nie tylko „włoszczyznę”. Także trunki, a ściślej wina. To za jej panowania w Polsce wzrosła konsumpcja win właśnie, a sama zainteresowana założyła i powiększyła winnice na Mazowszu, głównie na stokach Wzgórza Zamkowego w Czersku oraz w okolicach Gostynina. Sprowadziła wówczas do nich sadzonki winorośli bezpośrednio ze swoich rodzinnych Włoch. Prawdą jest, że na swój własny oraz swojego dworu użytek sprowadzała ze swojej ojczyzny mnóstwo artykułów, warzyw, owoców i przypraw, jak również to, że mimo tej naturalnej propagacji włoskiej kuchni i technik gotowania, Polacy woleli jednak jeść to, co jadano od setek już lat. Dobitnie pokazuje to kuchnia dworska Bony i Zygmunta. Bona uważała, że należy jeść mniej, a lepiej, co w jej przypadku oznaczało również drożej. Zachowane rachunki dworu królewskiego przedstawiają konkretne kwoty. Dwór królowej i dwór króla to kulinarnie dwa biegunowo odległe od siebie światy. Na rachunku z 1539 roku widnieje kwota 6429 florenów, stanowiąca koszty składników i utrzymania kuchni z obsługą, poniesione przez dwór królowej, zaś w przypadku króla kwota ta to 4065 florenów.
Ówcześni polscy dworzanie nie pałali jakąś przesadną sympatią do kuchni włoskiej. Z kuchni tej powszechnie się naśmiewano, mówiąc, że Włosi cienko jadają. Ci nie pozostawali dłużni i brzydzili się polskim obżarstwem i opilstwem. Lud polski nie zaczął nagle jeść tzw. włoszczyzny lub też włączać jej w jakimś znacząco większym stopniu do swojego codziennego jadłospisu. To po prostu mit. Nikt, a już na pewno nie królowa Bona, nie „uczył” nikogo jeść sprowadzanych z południa Europy warzyw i owoców. Nikt także nie uczył nikogo nowych i bardziej ekstrawaganckich technik kulinarnych. W Polsce Zygmunta Starego jadało się za dużo, za ciężko, za tłusto. Podobnie z resztą jak to jest częstokroć i dziś.
Corso Vittorio Emanuele II.
To, że Bona sprowadzała na własny dwór artykuły spożywcze z Italii, nie powinno dziwić szczególnie na zwykłym, ludzkim gruncie. Kuchnia jest nie tylko świadectwem kultury oraz nie tylko potrafi łączyć ludzi przy jednym stole, ale jest również jedną z najsilniejszych kotwic narodowej mentalności i kulturowej przynależności. Tęskniąc na obczyźnie za rodzinnymi stronami, czy też będąc na emigracji, zazwyczaj wyjątkowo mocno cenimy potrawy kuchni kraju ojczystego. Bona, o czym trzeba pamiętać, była również przedstawicielką klasy wyższej, elity społecznej ówczesnej Italii, była wszak księżną i królową. Jej codzienne menu było w oczywisty sposób bardziej złożone niż menu cucina povera – biednej kuchni zwykłych ludzi, a jej podniebienie o wiele bardziej wyrobione, niż podniebienia gminu.
Nie dziwi więc, że mając możliwości, sprowadzała ze swojej ojczyzny to, czego potrzebowała, na co miała ochotę i co – według niej – powinno było znaleźć się na dworskich, w szczególności reprezentacyjnych stołach. Być może swoiste zaznaczanie odmienności spełniało także przy okazji rolę okazywania pewnego rodzaju wyższości w stosunku do tego, co traktowała jako bardziej prymitywne. Wiadomo jednak, że jej rewolucyjne jak na tamte czasy podejście do kulinariów, których sama była ogromną miłośniczką, nie spotykało się ze zrozumieniem i akceptacją, jakiej być może oczekiwała.
A tak już kompletnie abstrahując od kulinariów, wyobraźcie sobie, że kiedyś mieliśmy królową z Włoch: Bonę z rodu Sforza (ur. 2 lutego 1494, zm. 19 listopada 1557) – będącą również królową Polski w latach 1518–1548, żonę Zygmunta Starego i matkę m.in. Zygmunta Augusta, potomkinię dynastii aragońskiej rządzącej Neapolem.
Co więcej, ówczesny nasz kraj za sprawą panującej wówczas polsko-włoskiej pary królewskiej w pewnym sensie był formalnie jakby zwierzchnikiem obu należących do Bony księstw: Bari i Rossano. To trochę tak, jakby mieć swoje kolonie w dzisiejszej Apulii. 22 maja 1526 roku delegacja z Rossano złożyła nawet w wawelskiej katedrze przysięgę wierności przed Zygmuntem i Boną.
Misterna secesja Palazzo Mincuzzi (1928) przy Via Nicolo Putignani, w “nowej” dzielnicy Murat.
Wspomniałem już, że relacje pomiędzy ówczesną Polską i Italią były silne, zaś w samym Krakowie, tuż przy parze królewskiej, można by rzec, istniała dość spora włoska diaspora. Jednym z jej członków był zamieszkujący w ówczesnym Krakowie prawnik Vincenzo Massilio, który z polecenia Bony stworzył kodeks prawa zwyczajowego Bari. Bona przebywała więc w Polsce, pełniąc obowiązki polskiej monarchini, ale swoimi posiadłościami w ojczyźnie musiała nadal zarządzać, nawet jeśli to zarządzanie odbywało się na odległość i przez pełnomocników.
Według sporządzonego przez Bonę testamentu dziedzicem księstw Bari i Rossano został jej syn, Zygmunt August. Bari jako miasto i również księstwo było faktycznie pod władaniem Bony za jej życia, ale po jej śmierci, mimo wspomnianego testamentu, strona polska nie była jednak w stanie odzyskać pełnej władzy nad włoskimi posiadłościami.
Spacerem przez Bari Vecchia.
Bona miała cztery córki (Izabelę, Zofię, Annę i Katarzynę) oraz dwóch synów (wspomnianego Zygmunta oraz zmarłego tuż po przedwczesnych narodzinach spowodowanych upadkiem z konia ciężarnej wówczas królowej Olbrachta). Ponieważ Bona była, delikatnie mówiąc, skonfliktowana z Habsburgami i nie chciała dopuścić, by to oni przejęli władzę po śmierci jej męża Zygmunta Starego, 20 lutego 1530 roku Zygmunt August został ukoronowany vivente rege w katedrze wawelskiej na króla Polski. Miał wówczas 10 lat (rok wcześniej został koronowany na Wielkiego Księcia Litwy; Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie związane były wówczas unią personalną, co oznaczało tyle, że oba te niezależne państwa miały wspólnego władcę). Obie te wczesne koronacje Zygmunta Augusta przeprowadzone były w celu zabezpieczenia interesów dynastii Jagiellonów, której Zygmunt August był ostatnim męskim przedstawicielem. Koronacja vivente rege, czyli za życia panującego nadal formalnego poprzednika (w tym przypadku koronacja młodego syna za życia jego ojca), była jedynym takim przypadkiem introdukcji na tron w naszej polskiej historii. Do śmierci Zygmunta Starego mieliśmy w Polsce dwóch królów. Oczywiście pełnię władzy dzierżył król senior, ale w miarę dorastania junior przejmował coraz więcej obowiązków, w tym przede wszystkim rządy w litewskiej części Królestwa.
Napisałem, że mieliśmy Włoszkę na naszym polskim tronie, ale prawda jest oczywiście taka, że ówczesny krajobraz władzy w Europie pełen był takich związków, najczęściej rzecz jasna zawieranych nie z uczucia, a w celu zachowania linii dynastycznych – ergo – zabezpieczenia interesów i dotychczasowych wpływów politycznych i ekonomicznych lub też ich powiększenia i wzmocnienia. W XVI wieku nietypowe unie terytoriów oddalonych od siebie o tysiące kilometrów były normą (np. imperium Habsburgów rozpięte od Hiszpanii, przez Niderlandy, po Europę Środkową i Nowy Świat). Starano się tak dobierać „w pary”, aby zapewnić jak najbardziej korzystne status quo, choć często w końcu, nawet mimo pierwotnych – wydawać by się mogło – korzystnych koligacji, kres tym wszystkim mniej lub bardziej wyrafinowanym staraniom kładła biologia: bezpłodność lub brak męskiego potomka. Zygmunt August był de facto jedynym męskim potomkiem Zygmunta Starego i Bony, w dodatku jego relacja z matką, która pogorszyła się znacznie po zawarciu w tajemnicy małżeństwa z Barbarą Radziwiłłówną, przyczyniła się w pewnym sensie do jej ostatecznej porażki.
Potężny Castello Svevo di Bari, czyli Zamek Szwabski w Bari, to normańska twierdza wzniesiona w XII wieku przez króla Rogera II (Roger II de Hauteville, normański hrabia Sycylii w latach 1105–1130). W 1156 roku zamek został zniszczony przez mieszkańców Bari, którzy zbuntowali się przeciwko władzy królewskiej. Odbudowany został i znacznie powiększony w XIII wieku przez Fryderyka II, władcę z niemieckiej dynastii Hohenstaufów, którzy byli również księciami Szwabii. Szwabi (dynastia Hohenstaufów) znaleźli się w Bari i całych południowych Włoszech głównie poprzez małżeństwo dynastyczne oraz podbój militarny. Kluczowym momentem było małżeństwo syna cesarza Fryderyka I Barbarossy, Henryka VI (z rodu Hohenstaufów/Szwabów), z Konstancją Sycylijską. Konstancja była następczynią tronu Królestwa Sycylii, które obejmowało wtedy całe południowe Włochy, w tym Apulię i miasto Bari. Gdy król Sycylii zmarł bez legalnych męskich potomków, Henryk VI zgłosił roszczenia do tronu w imieniu swojej żony. Musiał jednak zdobyć królestwo siłą, odpierając lokalnych rywali. W 1194 roku zdobył Palermo i koronował się na króla Sycylii, oficjalnie wprowadzając dynastię szwabską na południe Włoch. Syn Henryka i Konstancji, Fryderyk II Szwabski, odziedziczył to królestwo. Choć był rodowitym Szwabem i cesarzem Świętego Imperium Rzymskiego, to właśnie południowe Włochy (Apulię i Sycylię) uważał za swój prawdziwy dom. To on odbudował zamek w Bari i uczynił z regionu potęgę kulturową i militarną. (częściowo za Wikipedią)
Zygmunt August przed śmiercią zapisał włoskie posiadłości Polski swoim trzem siostrom, Jagiellonkom: Annie, Katarzynie i Zofii – z tym jednak zastrzeżeniem, że mają one formalnie przejść na rzecz Rzeczypospolitej po ich śmierci. Jak się pewnie domyślacie, nic z tego nie wyszło, choć, trzeba przyznać, iż każdy wielmoża deklarował, że jest w stanie powiększyć terytorium Królestwa, a deklarował tym gorliwiej, im bliżej w odczuciu własnym i swojego „gabinetu” był choćby perspektywy objęcia tronu Rzeczypospolitej. Kandydatów do tego zaszczytu zaś było kilku, na przykład Ernest Habsburg i dwa lata później Maksymilian II Habsburg. Obaj obiecywali doprowadzić sprawę barskiego księstwa do pomyślnego dla Polski zakończenia. Również Zygmunt III Waza, wnuk Bony (syn jej córki, Katarzyny Jagiellonki), król Polski i Szwecji, starał się o zwrot księstw Bari i Rossano. Na próżno. Domagał się tego samego jego syn, Władysław IV Waza, ale księstwa niezmiennie po śmierci Bony rządzone były przez Habsburgów.
Nieczynna już barokowa dzwonnica kościoła p.w. Św. Klary (Chiesa di St. Chiara) przy Strada St. Chiara. Kościół wziął swoją nazwę od zakonnic klarysek, którym przekazano świątynię w 1492 roku. Sama świątynia zaś, której fragment widać na zdjęciu, pochodzi z XII wieku i wzniesiona została przez Krzyżaków (Cavalieri Teutonici) jako kościół p.w. Matki Bożej Alemannów (Madonna degli Alemanni) i pierwotnie służył głównie jako schronienie i miejsce modlitwy dla konkretnej grupy ludzi: niemieckich pielgrzymów i rycerzy Zakonu Krzyżackiego zmierzających zazwyczaj do Jerozolimy.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję lingwistyczną, bo lubię :) - a jakże! W języku i w słowach “zaszyte” jest mnóstwo historii i wiedzy. Czasem jedno słowo potrafi zainspirować do powiększenia świadomości na pokrewne tematy. No więc właśnie: Alamanowie (lub Alemanowie) byli potężnym związkiem (konfederacją) plemion germańskich, który uformował się na przełomie II i III wieku. Pierwotnie zamieszkiwali dorzecze Łaby, ale przenieśli się na południowy zachód. Zajęli tzw. Agri Decumates (obszar między rzekami Ren, Dunaj i Men). Dziś to tereny południowo-zachodnich Niemiec (Badenia-Wirtembergia), Alzacji (Francja) oraz Szwajcarii. Ich dialekt dał początek językowi alemańskiemu, który do dziś funkcjonuje jako grupa dialektów wysokoniemieckich - Hochdeutsche Sprache - (używanych w Szwajcarii, austriackim Vorarlbergu, niemieckiej Szwabii i we francuskiej Alzacji). I tu coś, co zapewne wielu z Was już zauważyło, czyli to jak w niektórych językach określa się naszego sąsiada zza Odry. My, Polacy, Słowianie, mówimy na Deutschalnd - Niemcy. Bardzo podobnie sprawa wygląda w Czeskim, Słowackim, Ukraińskim, Węgierskim (choć Węgrzy słowianami nie są), Rosyjskim (słowo “Niemiec”), Serbskim, Bośniackim, Słoweńskim i Białoruskim. Natomiast jak to jest w innych Europejskich językach? No to zobaczmy: hiszpański: Alemania, francuski: Allemagne, Portugalski: Alemanha, Kataloński: Alemanya, Galicyjski: Alemaña, Oksytański: Alemanha, Arabski: ألمانيا (Almāniyā), Turecki: Almanya, Perski (Farsi): آلمان (Ālmān), Kurdyjski: Almanya, Azerski: Almaniya, Walijski: Yr Almaen, Bretoński: Alamagn, tagalski (Filipiny): Alemanya (zapożyczenie z języka hiszpańskiego), keczua (Ameryka Południowa): Alimanya, khmerski (Kambodża): អាល្លឺម៉ង់ (Allemang – zapożyczenie z francuskiego) oraz staroangielski i średnioangielski: dawnych czasach w Anglii na Niemcy mówiono Almany, a na Niemców Almains. Określenia te wyszły z użycia do XIX wieku na rzecz łacińskiej formy Germany.
A co tak naprawdę oznacza “Alamann”? Słowo Alemanni (Alamanowie/Alemanowie) odnosiło się w średniowieczu do konkretnego odłamu plemion germańskich, a później ogólnie do ludności niemieckojęzycznej. W XII wieku, współczesne państwo „Niemcy” nie istniało. Istniało Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Nazwa Alemanni oznacza etymologiczne „wszyscy ludzie”. Nazwa ta idealnie odzwierciedlała charakter tej grupy i składa się z dwóch protogermańskich członów:
**all- ** – oznaczającego „wszystko” lub „wszyscy”.
**mann- ** – oznaczającego „człowiek” lub „mężczyzna”.
Dlaczego akurat „wszyscy ludzie”? Jak podawał już w VI wieku rzymski historyk Agatis (powołując się na wcześniejsze źródła), nazwa ta odnosiła się do faktu, że Alamanowie nie byli jednym, rdzennym plemieniem. Stanowili oni luźną konfederację różnych odłamów plemion germańskich (m.in. Swebów, Semnonów i innych), które zjednoczyły się nad górnym Renem, by wspólnie stawiać opór Cesarstwu Rzymskiemu. Określenie „wszyscy ludzie” oznaczało więc po prostu „ludność z różnych stron”, „mieszanka ludzi” lub „zjednoczeni ludzie” (częściowo za Wikipedią).
Z historycznego punktu widzenia i przede wszystkim z perspektywy naszych czasów wszystko to, co wcześniej napisałem o dworskich koligacjach wydaje się bardzo zagmatwane. Z rąk do rąk przechodziły bowiem nie tylko majątki ziemskie, ale całe księstwa i królestwa. Powstawały unie personalne, unie realne, unie na wzór lubelskiej, jednoczono narody, rozdzielano armie, urzędy i skarb, zarządzano na odległość (jak Bona zarządzała Bari), intronizowano i wydawano za mąż dzieci, przy tym knuto i zwalczano się bezwzględnie ilekroć w czyimś mniemaniu korzystały na tym interesy tej czy innej frakcji, rodziny czy dynastii. Państwa, które dziś są niepodległymi bytami, kiedyś miały jednego władcę, jak Polska i Litwa czy Szwecja i Polska. Toczono liczne wojny, wojenki, prowadzono wieloletnie spory o terytoria mniejsze i większe, jednoczono, rozdzielano, przyłączano i odłączano.
Italia w owym czasie była zbitką księstw, księstewek, niezależnych miast i zamków na wzgórzach. Rządzili Austriacy, Hiszpanie, papieże, a także pewna polska królowa będąca Włoszką. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć, a zgłębiając historię tego li tylko okresu, raz po raz odnosi się wrażenie błądzenia w labiryncie – labiryncie postaci, współzależności, intryg, romansów, nieślubnych dzieci (pardon: nielegitymizowanych), pretendentów, kandydatów z matrymonialnych „giełd” europejskich dworów, koligacji, układów, a przede wszystkim interesów, posiadania, fortun i spadków.
Historia włoskiego Bari łączy się lub też przeplata z miejscami, których udziału w tej krótkiej i niezmiernie jednak powierzchownej opowieści o nim sam bym się nie spodziewał. Oczywiście jest to udział niejako poboczny, czasem wręcz marginalny, ale jednak jest. Tuż nieopodal miasta rodzinnego moich rodziców, Łomży, znajdują się pozostałości wczesnośredniowiecznego grodziska z początków IX wieku, gdy było ono jedynie osadą otwartą. Zachwoane po nim w terenie ślady tworzą dziś skarpę zwaną Górą Królowej Bony. Wskutek tego Łomża posiada miejsce tradycyjnie od dekad nazywane imieniem tej niegdysiejszej włoskiej księżnej Bari i Rossano.
Sama Łomża była dla Włoszki jedną z rezydencji na północno-wschodnich terenach Mazowsza. Jedna z jej oficjalnych rezydencji mieściła się na zamku w Łomży. Zamek ów, a właściwie dwór książąt mazowieckich, zbudowany w latach 1403–1421, znajdował się między dzisiejszymi ulicami Senatorską i Dworną. Według podań Bona nakazała w Łomży utworzyć ogrody warzywne (zapewne z ową słynną „włoszczyzną” – no przecież!). Za panowania Bony tzw. mały zamek królewski został rozbudowany. Dziś, jak wspomniałem, nie pozostał po nim żaden ślad, za wyjątkiem resztek konstrukcji podziemnych (prace archeologiczne prowadzone w 1967 roku odsłoniły fragmenty ceglanych fundamentów budynku, zatem sama jego lokalizacja pozostaje dokładnie określona i bezsporna).
W 1575 roku, a więc już 18 lat po śmierci Bony, przeprowadzono inwentaryzację dworu, dzięki czemu dziś wiemy, że składał się on z ceglanego budynku od strony Narwi, w którym zatrzymywał się król Zygmunt Stary (i zapewne przyszły Zygmunt August) oraz królowa Bona, kancelarii, dodatkowego domu, piekarni, łaźni, kuchni i sadu. Fortyfikacje obiektu były drewniane. Po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 roku w zamku bywała jego siostra, Anna Jagiellonka, w którym podejmowała posłów, w tym podobno również tych starających się o jej rękę.
Umberto e Francesco z poranną dostawą owoców i warzyw (frutta e verdura). Czy przywieźli także włoszczyznę?
Druga lokalizacja istotna z punktu widzenia mojej własnej genealogii to Tykocin. Gdy w 1572 roku w Knyszynie na Podlasiu umarł syn Bony, Zygmunt August, to uroczystości pogrzebowe odbywały się między innymi w Tykocinie (a oprócz tego w Warszawie i oczywiście w Krakowie). Ale tu następuje pewna bardzo istotna rzecz: Zygmunt August umarł bezdzietnie, kończąc panowanie linii męskiej Jagiellonów, a państwo stanęło przed widmem wojny domowej i anarchii, gdyż nie było wówczas żadnych procedur regulujących, kto ma rządzić w okresie zwanym interregnum (międzykrólewiem). Okres ten trwał on do maja roku 1573, kiedy to w wyniku elekcji wybrano na monarchę Polski urodzonego w 1551 roku w Fontainebleau niejakiego Edwarda Aleksandra de Valois, znanego jako Henri de Valois, a dla Polaków jako Henryk III Walezy. Był on francuskim królem z dynastii Valois (Walezjuszów), księciem Angouleme, Orleanu i Andegawenii. I znowu mamy „handel” na giełdzie matrymonialnej: ponieważ był on czwartym synem Henryka II Walezjusza i Katarzyny Medycejskiej, to miał niewielkie szanse na objęcie tronu francuskiego. "Szkoda", pomyślał zapewne Henri, ale fortuna miała dla niego w zanadrzu „opcję awaryjną”. Oto akurat w nie tak odległej Polsce utworzył się „wakat”. I tak szlachta polska wybrała na tron właśnie Edwarda Aleksandra, który przyjął imię Henri III de Valois.
Podobnie jak z pozostawionym na ulicy makaronem, także na rozwieszone i pozostawione do wyschnięcia na Via Venezia pranie nie ma chętnych.
Wspomniałem o „giełdzie matrymonialnej” – kandydatami, którzy przegrali "bieg" po polski tron, byli między innymi syn ówczesnego już Cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Ernest Habsburg, car moskiewski Iwan IV Groźny oraz król szwedzki Jan III Waza. Takie to były czasy.
Dziś wielu z nas mówi o mega skandalu ilekroć poprzez media rozejdzie się wieść o sprzedaży tej czy innej spółki jakiemuś zagranicznemu podmiotowi, tymczasem w XVI wieku Polską rządził Francuz (o mały włos nie Iwan), traciliśmy południowoeuropejskie księstwa lub byliśmy jednym państwem z Litwą lub Szwecją. Ale ad rem: podczas trwającego bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta jego zabalsamowane ciało przebywało na tykocińskim zamku ponad rok. Król zmarł 7 lipca 1572 roku, zaś uroczystości pogrzebowe ruszyły dopiero 10 września 1573. I to właśnie w kaplicy zamku w Tykocinie celebrowano główne nabożeństwo. Sam zamek zaś był wówczas potężną twierdzą królewską i zarazem królewskim skarbcem. Uformowany po nabożeństwie kondukt pogrzebowy, który wyruszył z Tykocina przez Warszawę do Krakowa, był najdłuższym konduktem żałobnym w historii naszego kraju.
W 1860 roku Bari, po latach bycia księstwem przekazywanym z rąk do rąk, weszło w skład Królestwa Włoskiego. Mało zaś znanym z historii miasta Bari epizodem jest wydarzenie z czasów II wojny światowej, zwane „małym Pearl Harbor”. 7 grudnia 1941 roku marynarka wojenna i lotnictwo Cesarstwa Japonii przeprowadziły atak na Flotę Pacyfiku USA, stojącą na kotwicy lub zacumowaną w porcie Pearl Harbor na Hawajach. Zaś również w grudniu, tym jednak razem 2 grudnia roku 1943, Luftwaffe przeprowadziła nalot na port w Bari, pełny alianckich jednostek. Nalot trwał niespełna dwadzieścia minut. W jego wyniku zginęło prawie dwa tysiące osób, a zatopiono 28 okrętów.
Marina Bari.
Bari jest dziś zarówno miastem, jak i gminą, stolicą prowincji Bari i regionu Włoch – Apulii (Puglia). Jest największym po Neapolu miastem południa Italii i największym miastem włoskim położonym nad Adriatykiem. Posiada duży port wojenny, handlowy i pasażerski. Z Bari popłynąć można do Czarnogóry, Grecji, Albanii i Chorwacji. Bari jest ważnym centrum handlowym, przemysłowym i kulturalnym południa Włoch. Posiada bardzo dobrze rozwinięty przemysł stoczniowy i spożywczy (makarony i wina to główne gałęzie przemysłu spożywczego). Bari to także duże zakłady przemysłu chemicznego, maszynowego i przetwórstwa ryb. Istnieje tu uniwersytet i szkoła morska.
Widok w kierunku południowym z Via Venezia.
Będąc w Bari, nie odczuwaliśmy jednak obecności tak dużej aktywności przemysłowej. Wręcz przeciwnie, Bari wydało się nam bardzo spokojnym miastem, dużym, eleganckim, ale jednak spokojnym jak na południe Włoch. Szczególnie jego stara część, w której nocowaliśmy i spędzaliśmy najwięcej czasu, czyli Bari Vecchia. I to właśnie ta stara część Bari najbardziej nas urzekła. Labirynty wąskich uliczek, małe piazzete, kapliczki i ołtarzyki z Ojcem Pio i Matką Boską co krok, a do tego oczywiście porozpinane nad głowami sznurki z praniem, odgłosy toczącego się w domach życia, stukania naczyń, dźwięki rozmów, czasem kłótni i śpiewy, bijące co jakiś czas dzwony i szum żywego miasta.
Klimat poranka w Bari Vecchia.
Jak zawsze, co staram się każdorazowo podkreślać, warto miasto poznawać wcześnie rano, na długo przed najazdem turystów i tuż przed otwarciem kawiarni. Szczególnie warto tak robić, gdy się fotografuje. Miasta południa najpiękniejsze są rano. Rano najlepsze jest światło. A w Italii jest ono inne, podobnie jak inne jest na wybrzeżu Hiszpanii i Portugalii. Odbija się ono od pastelowych błękitów i żółci ścian, od ciepłego piaskowca i cegły, od rozłożystych liści palm i tak wymieszane penetruje wąskie kaniony krętych uliczek.
Poranny spacer to najwspanialszy czas na doświadczenie miejsca i poznanie go od tej nieco innej strony, może nie tak gwarnej i dynamicznej, ale za to bardziej szczerej, nieco być może zaspanej, sennej nawet, ziewającej, cichszej, subtelniejszej. W moim przypadku to się zawsze sprawdza. Oczywiście mnie też zazwyczaj ciężko jest się wydostać z łóżka, w końcu to urlop, a jak urlop, to psychika od razu stawia znak równości pomiędzy słowem „urlop” a planem „spać do oporu”. Nie jestem terrorystą urlopowym i nie zabraniam nikomu długo spać. Zresztą, powiem inaczej: Wy sobie śpijcie, ile chcecie i do której chcecie, a ja tymczasem zmykam poczuć klimat nowego: na spokojny, niespieszny spacer, na kawę u lokalsów, przysiąść gdzieś w uliczce i zatopić się w chwilowe dolce far niente i pomedytować nad croissantem. A Wy sobie smacznie śpijcie, chomiczki.
Colazione na Piazza San Pietro.
Do Bari dotarliśmy wcześnie i trochę zmitrężiliśmy czasu, zanim zlokalizowaliśmy zarezerwowany na starym mieście apartament. To już któryś raz, gdy podczas naszych peregrynacji Google Maps nie jest w stanie skutecznie doprowadzić nas pod wskazany adres. To znaczy – owszem, budynek się zgadza, przynajmniej tak się nam na początku wydaje, ale gdzie jest wejście? Czasami można odnieść wrażenie, że niektórzy właściciele apartamentów stawiają sobie za punkt honoru ukrycie sposobu dotarcia na miejsce swoim klientom. Tym razem nasz najemca, Roberto, musiał przyjechać i wskazać nam wejście. Google Maps jednak kompletnie się pogubiło. Jednak to nie ten budynek. No ale OK, to stare miasto, città vecchia, labirynty i łamańce ulic wystarczyły, by się biedactwo poddało.
Ciekawski dalmatyńczyk spogląda ze swojego domu, przez Via Venezia, w stronę Adriatyku, za którym leży Dalmacja.
Apartamenty we Włoszech w starych częściach miast mają jednak swój urok. Będąc w Neapolu, również nocowaliśmy w starej części miasta, w Quartieri Spagnoli. I klimat był w pewnym sensie bardzo podobny, a krył się w tych nietypowych klatkach schodowych, w tych często dziwacznych zaokrąglonych ścianach, łukach, sklepieniach, belkowanych stropach, których belki nie były elementem li tylko designu, ale faktycznie wspierały sufit i podłogę pomieszczeń ponad nami, w nierównych, bielonych ścianach i – co istotne – dźwiękach: dźwiękach żyjącego miasta.
Bari jest stolicą Apulii i w pewnym sensie bramą do jej wnętrza, szczególnie, rzecz jasna, gdy przybywa się doń drogą morską lub powietrzną (notabene: lotnisko w Bari nosi imię Karola Wojtyły – Aeroporto Internazionale di Bari - Karol Wojtyła).
Bari jest miastem o zdecydowanie dwóch twarzach. Pierwszą z nich jest Bari Vecchia – Stare Bari, zaś drugą twarzą jest przyległe i młodsze Murat (Borgo Murattiano), które swą nazwę wzięło od nazwiska marszałka Francji, Joachima Murata, mianowanego w 1808 roku przez Napoleona królem obu Sycylii (co historycznie obejmowało kontynentalną część Włoch, jak i samą Sycylię). Murat, faktyczny król Neapolu (ówczesnego Królestwa Neapolu), przyczynił się do rozbudowy Bari o tę właśnie jego dzielnicę, którą wizualnie od razu odróżnia się od starej jego części przede wszystkim po równej siatce przecinających się pod kątem prostym ulic.
Patrząc na mapę czy może raczej dziś – zdjęcie satelitarne Bari, trudno uciec od wizualnej, urbanistycznej analogii z nowojorskim Manhattanem. Manhattan, podobnie jak Bari, rozwijał się od oceanu, a jego najstarsza część, Lower Manhattan (kiedyś stanowiąca osadę Nowy Amsterdam), znacząco różni się od Midtown lub Upper Manhattan w swoim założeniu urbanistycznym: to, podobnie jak Bari Vecchia, nieregularny i poplątany układ ulic, tak dobrze znany z większości miast Starego Świata, ciągnący się w zasadzie do Houston Street lub nawet do 14th Street, która – jak spojrzeć na mapę – tnie tę najsłynniejszą na świecie wyspę w poprzek, dając początek geometrycznej siatce ulic i alei, której porządek ruinuje na ukos biegnący Broadway (ponoć śladem wydeptanej bosymi stopami i skórzanymi cichobiegami pradawnej indiańskiej ścieżki).
Strada delle Crociate.
A teraz spójrzcie na zdjęcie satelitarne Bari i fragmentu Manhattanu: skala naturalnie jest inna, ale ścieżka rozwoju i koncept jakże podobny. Stare miasto to urbanistyczny chaos, a na południe od Corso Vittorio Emanuele II mamy już regularną siatkę urbanistyczną i – podobnie jak Broadway biegnący ukośnie na Manhattanie – tak i tu ukośnie biegnie Via Francesco Crispi.
Bari widziane z satelity. Widać wyraźnie starą, urbanistycznie dość chaotyczną część miasta i nowszą - geometryczny ład i porządek.
Nowojorski Lower Manhattan po lewej z podobnym jak w Bari urbanistycznym chaosem oraz geometryczną siatką ulic i alei Midtown.
Cóż więcej napisać Wam o Bari? Jest to fantastyczne miejsce na kilkudniowy wyjazd. Jest to brama i baza wypadowa właśnie do zwiedzania całego regionu. Słynne miasteczka, takie jak Polignano a Mare czy Alberobello (o tym miasteczku będzie oddzielny wpis już niedługo), leżą w zasadzie w pobliżu, a do każdego z nich bardzo łatwo dojedzie się miejskim autobusem lub pociągiem. Do Alberobello pojechaliśmy sobie autobusem, wróciliśmy pociągiem, niejako po drodze zaczepiając o Polignano (Volare!).
Voooooooo-laaaa -reeee, oooo-oo!! Pomnik Domenico Modugno w Polignano a Mare. Poniżej na zdjęciach słynne klify Polignano a Mare oraz trulli w Alberobello.
Kulinarnie Bari jest kapitalne. Wspominałem we wpisie o Rzymie, że zasadniczo Rzym jest kulinarnym pępkiem Italii. I tak jest. Zdania nie zmienię. Ale to bycie pępkiem na kulinarnej mapie Włoch zawdzięcza Rzym pewnemu rodzajowi rozstrzelenia i tematycznym wariacjom „na temat”. W końcu to stolica nowoczesnego i dużego europejskiego państwa. I tak jak każda stolica, tak i Rzym pełen jest przybyszów z prowincji, szukających lepszego życia i przynoszących ze sobą wartości dodane, jakimi jest między innymi kuchnia, przepisy, sposoby na ten czy inny makaron, ciasto, czy sos. Bari zaś, jak i pozostałe miasta i regiony, jest bardziej wyspecjalizowane czy też ukierunkowane. Jest lokalne. Bardziej stąd, niż zewsząd.
A więc tak: Bari znane jest z produkcji makaronów. Nie tylko tych wytwarzanych na dużą skalę, ale być może przede wszystkim tych wytwarzanych całkowicie ręcznie przez kobiety na uliczkach Bari Vecchia. Mowa oczywiście o słynnych „uszkach” orecchiette. Oprócz makaronów warto spróbować focaccia barese z oliwkami i pomidorami oraz wszelkich dobroci z frutti di mare. Kanapki z ośmiornicą i burratą są OK, ale to bardziej Instagram niż poważna kulinarna historia. W Bari dobre jest pieczywo, wszelkie na jego temat wariacje, pasta, owoce morza. Oliwa – „wiadomix” – bez niej w basenie Morza Śródziemnego ani rusz, wstyd i lipa. Więc tak: oliwa króluje także i tutaj. Ale! - nie zapominajmy o innym specjale regionu: winach! – a te są tu fantastyczne.
Jedno ze stanowisk do ręcznego wyrobu makaronu orecchiette. Panie się napracowały i poszły odpocząć. Makaron zostawiły na zewnątrz. Nikt go nie kradnie.
Wina z Apulii (Puglia) to głównie wina mocne, pełne, dobrze zbudowane, czerwone. Króluje bezdyskusyjnie Primitivo, Negroamaro oraz Nero di Troia. Są to wina w znakomitej większości bardzo dobre, przy tym – niech tak to ujmę – kompatybilne z generalnym wyobrażeniem o czerwonym winie szerszego gremium „winopijów”, a co również istotne – odznaczają się one dobrą relacją ceny do jakości. Po prostu ludzie tu żyjący potrafią zrobić naprawdę dobre wino, które nie ruinuje portfela. Główne szczepy to przede wszystkim wspomniane Primitivo. Primitivo nie oznacza „prymitywne”, jak wielu sądzi. Oznacza „wcześnie dojrzewające” (a więc i wcześnie zbierane) – primo – pierwszy. Uprawiane jest głównie w Apulii właśnie i generalnie na południu kraju. To dokładnie ten sam szczep co kalifornijski Zinfandel oraz chorwacki Crljenak Kaštelanski (lub Trybidrag). Innymi szczepami regionu są wspomniany Nero di Troia (Uva di Troia), występujący w uprawach lokalizowanych głównie na północy regionu, dający wina o dobrej strukturze, wyczuwalnych taninach i aromatach leśnych. Wina białe i różowe powstają choćby ze szczepów Verdeca, Fiano i – uwielbiam tę nazwę – Bombino Bianco. To lekkie, świeże i raczej cytrusowe wina. Najbardziej znaną apelacją jest oczywiście Primitivo di Manduria DOC (odpowiednik chorwacki to kvalitetno vino), czyli Denominazione di Origine Controllata. DOCG oczywiście oznacza klasę wyższą (DOC e garantita). Butelka dobrego wina z Apulii nie musi być droga. Tych dostępnych w masowej sprzedaży w większości sklepów w naszym kraju, jeśli tylko pochodzą z Apulii i mają oznaczenie DOC, możecie śmiało próbować i się nimi cieszyć. Są to wina czerwone i – jak wspomniałem – o mocnej budowie, potężne, skoncentrowane, ale przyjemne w odbiorze dla większości, jako jeden z rodzajów wina, o którym mówi się, że jest klasykiem, swego rodzaju archetypem, obok takich archetypów jak Pinot Noir, Zinfandel czy chorwacki Plavac. Primitivo di Manduria to najbardziej znane i popularne primitivo z regionu. Innym, nieco mniej znanym, ale uznawanym za bardziej eleganckie jest Gioia del Colle DOC.
Bari to raj dla smakoszy, a bliskość portu sprawia, że ryby i owoce morza są łatwo dostępne i w rozsądnych cenach. Warto z tego korzystać będąc na miejscu. Kończąc wątek z „naszą” słynną Włoszką, Boną Sforza, nadmienię jeszcze tylko, że pochowana jest w miejscowej bazylice pw. św. Mikołaja w Bari. Jej piękny nagrobek ufundowany został przez jedną z jej córek, Annę Jagiellonkę.
Bazylika św. Mikołaja w Bari - miejsce spoczynku Bony, księżnej Bari i Rossano, królowej Polski.
Warto przypomnieć jeszcze jeden, niezwykle ciekawy akcent historyczny łączący Polskę z miastem Bari – “założenie” przez królową Bonę miasta Bar (tak, tego Baru związanego z Konfederacją Barską) na kresach dawnej Rzeczypospolitej (obecnie Ukraina) w 1537 roku.
Nazwa ta została nadana wsi Rów (Riv - od płynącej w pobliżu rzeki Riv) na cześć jej dziedzicznego włoskiego księstwa Bari, po tym jak niejaki Stanisław II Odrowąż przekombinował z ambicjami i został skazany przez sąd sejmowy za obrazę majestatu, wyniku której odebrano jemu i jego żonie, Annie Mazowieckiej, kilka kluczowych posiadłości, w tym rzeczony Rów, który w roku 1537 królowa przemianowała na Bar. Miasto to – nazywane swego czasu „bramą Kresów” i kluczową twierdzą – sprawiło, że cząstka włoskiego Bari symbolicznie „zamieszkała” w polskiej przestrzeni geopolitycznej na długo zanim być może w niektórych szlacheckich umysłach pojawiły się jakiekolwiek fantazje o włączeniu południowych posiadłości Bony do Rzeczypospolitej.
Powrót na krakowskie Balice.