Spacerem przez Pelješac z Anetą i Bartoszem
Dzień poprzedzający sesję zaczął się niepozornie, piękną dalmatyńską aurą, ale stopniowo niebo stawało się „blaszane”, potem ciemne, a w okolicach Potomja zaczęło padać. Nie miałem juz wielkich oczekiwań co do warunków na następny dzień – chciałem tylko, żeby przestało padać. Właściwie ten deszczowy dzień miał być już dniem zdjęciowym, ale odpuściliśmy ze względu na prognozy właśnie. Ziszczał się czarny scenariusz. Na szczęście mieliśmy zarezerwowane trzy dni, by dać pogodzie szansę.
Spiżowy monument
Nie mogłem przepuścić takiej okazji z prostej przyczyny: bo to jest jeden z takich momentów historii, które nazywamy „kotwicami”. To moment, od którego coś się zaczyna, który coś wyznacza, coś zmienia. Uważam, że jeśli tylko jest możliwość, warto w takich wydarzeniach uczestniczyć. Bo to nie jest chwilowa rzecz. Same wydarzenie jest, rzecz jasna, chwilowe, ale jego emanacja czasowa rozciąga się na setki lat w przyszłość.
Caput Mundi. Rzym po raz pierwszy.
Samolot z Modlina przeniósł nas do późnojesiennego Rzymu w niecałe dwie godziny. Dłużej zajmuje mi niezagrożony mandatem za nadmierną prędkość i bezstresowy przejazd autem z Białegostoku do Warszawy. Można więc powiedzieć, że nieco ponad półtorej godziny dzieli nas od wgryzienia się w maritozzo i popicia doskonałym cappuccino, siedząc w gwarnej kawiarence na Piazza della Rotonda. Lądowanie na Ciampino, autobus na Zatybrze, gdzie meiliśmy wynajęty apartament. I już. Rzym. Jestem tu. O kurde