Spacerem przez Pelješac z Anetą i Bartoszem

Malo More, w tle Most Pelješki. Nie mogło zabraknąć tego widoku, tej scenografii.

Zawsze marzyłem o tym, by zrobić sesję dla pary na półwyspie Pelješac. Wielu moich znajomych wie, że jest to dla mnie miejsce z wielu względów szczególne. Uważam, że posiada ono nieograniczony potencjał fotograficzny – i to nie tylko krajobrazowy, ale również taki, który aż prosi się o dobrą „scenografię”. Scenografię, której temu półwyspowi mogłyby pozazdrościć największe teatry i opery świata.

Oczywiście powiecie, że takich przepięknych miejsc jest na świecie sporo i każdy ma zapewne innych faworytów w swoim osobistym rankingu – to jak najbardziej zrozumiałe. Jednak dla mnie półwysep Pelješac od pierwszej wizyty stał się miejscem, w którym najchętniej sięgam po aparat, które najlepiej służy mojej artystycznej duszy i w którym znajduję mnóstwo inspiracji.

“Perfumeria” w interiorze, pomiędzy Pijavičino i Kuną Pelješką. Kwitnąca wszędzie dookoła brnistra. Szkoda tylko, że zdjęcia nie przenoszą jej miodowo-cytrusowego zapachu…

Pelješac emanuje pozytywną – w sensie twórczym – energią. Jestem fotografem, ale mam również sporo doświadczeń w rysunku, a także nieco w muzyce. Myślę, że mieszkając tu, mógłbym zająć się również tymi dwiema dziedzinami, przy czym malarstwem chyba zaraz po fotografii.

Zaczynamy rano, na plaży Vućine, w Žuljanie.

Czyż nie wyglądają pięknie razem? Dzień zaczyna się również pięknie.

Półwysep jest miejscem dość specyficznym, ponieważ pozostaje na wpół dziki. Cywilizacji nie ma tu przesadnie dużo. To miejsce turystyczne – owszem, ale w dużej mierze rolnicze, jeśli spojrzeć na hektary uprawianej winorośli, które plasują ten skrawek lądu oraz pobliskie tereny na stałym lądzie i sąsiednich wyspach w ścisłej czołówce światowego winiarstwa.

W Kunie Pelješkiej w winiarni Vino Špaleta.

Topografia półwyspu nie sprzyja ekspansji urbanistycznej, co pociąga za sobą brak wielkich centrów rozrywkowych czy głośnych enklaw nocnych uciech. Dla wielu może to być nieakceptowalne z wakacyjnego punktu widzenia, ale dla innych, ze mną włącznie, jest to ogromna zaleta. Nie jest to Split czy Dubrownik, ale jeśli tylko najdzie nas potrzeba zmiany okoliczności na wielkomiejskie (choć w wydaniu „dalmatino”), oba te miasta leżą w zasięgu mniej więcej półtoragodzinnej jazdy samochodem.

Z widokiem na Dingač-Borak, wyspę Mljet i Adriatyk.

Pelješacowi poświęciłem osobną stronę internetową (www.pelioart.eu), więc o nim samym będę rozpisywał się właśnie tam. Teraz skupmy się na Anecie i Bartku oraz ich sesji na półwyspie.

Popołudnie z widokiem na Korčulę.

Sesja była planowana już w ubiegłym roku. Wyczekiwałem jej z utęsknieniem, bo – jak wspomniałem na początku – marzyłem o wykonaniu jej właśnie tutaj. Niecierpliwiłem się, ale i odczuwałem pewną dozę nerwów: wiadomo, pogoda to zawsze jedna wielka niewiadoma, której nie da się ani zaplanować, ani zamówić. Obawiałem się, że dni zaplanowane na zdjęcia okażą się deszczowe, pochmurne i wietrzne, bo tak też tu bywa. Niby wiedziałem, jak to zazwyczaj wygląda pod tą szerokością geograficzną: piękna aura, słońce od rana do wieczora i dość wysokie temperatury. Tak, w Dalmacji jest tak przez większość czasu. Stali bywalcy regionu wiedzą jednak, że po dwóch lub trzech tygodniach regularnej „lampy” może nadejść (i zazwyczaj nadchodzi) dzień lub dwa, gdy natura „wyrównuje potencjał” – wtedy leje, obrywa się chmura, grzmi i błyska. Czasami trwa to dzień, lub dwa, a czasami natura współgra z turystycznym biznesem, „wyładowując się” przez noc, by rano przywitać wszystkich ciepłym, dalmatyńskim słońcem. Przeżyłem to wielokrotnie, więc wiem, że tak właśnie bywa. Ale przyroda rządzi się swoimi prawami…

Nasz pierwszy dzień, który miał być dniem zdjęciowym. W sumie byłby to dla mnie niezły challenge żeby w takich warunkach robić sesję Młodej Parze…

Co zrobić, jeśli pogoda przez te trzy dni (tyle mieliśmy do dyspozycji) będzie kiepska? Fajnie byłoby, gdyby było słonecznie, choć totalna „lampa” nie zawsze jest dobra dla zdjęć – da się to jednak „obejść” (lampy, blenda, orientacja) lub wykorzystać (wygląda to dobrze w monochromie), choć wymaga to czasem nieco więcej pracy. Miło byłoby mieć trochę obłoków na niebie i umiarkowaną temperaturę… Koncert życzeń fotografa. Ale fotograf swoje, a natura swoje.

Przepiękne wieńce, wianki i kompozycje kwiatowe są tradycyjnym elementem obchodów Święta Bożego Ciała w Dalmacji. Te wieńce wisiały na murach kościoła p.w. Matki Boskiej Anielskiej (Gospe od Anđela).

W przeddzień sesji zrobiliśmy rekonesans. Niby znamy półwysep jak własną kieszeń, ale pojechaliśmy sprawdzić jeszcze kilka rzeczy: perspektywy, kolory (to był szczyt kwitnienia wielu dzikich roślin, przede wszystkim przepięknie pachnącej brnistry), czy ta konkretna droga wśród winnic będzie wyglądać dobrze, gdy młodzi wyjdą zza zakrętu, czy ten zakątek „na Dingaču” ma sens, czy może lepiej sobie go odpuścić? Trzeba to zweryfikować fizycznie: wyjąć aparat, założyć zaplanowany obiektyw, spojrzeć przez wizjer i upewnić się, że wszystko zagra.

To ważna część pracy fotografa. Wybranych miałem 27 lokalizacji – to oczywiście dwa razy za dużo jak na jeden dzień. Finalnie wykorzystaliśmy 13, a całość zajęła nam pełne 12 godzin – od rana, gdy startowaliśmy w Žuljanie, do zachodu słońca, na drodze z Trstenika do Dingač-Borak.

Dzień poprzedzający sesję zaczął się niepozornie, piękną dalmatyńską aurą, ale stopniowo niebo stawało się „blaszane”, potem ciemne, a w okolicach Potomja zaczęło padać. Nie miałem juz wielkich oczekiwań co do warunków na następny dzień – chciałem  tylko, żeby przestało padać. Właściwie ten deszczowy dzień miał być już dniem zdjęciowym, ale odpuściliśmy ze względu na prognozy właśnie. Ziszczał się czarny scenariusz. Na szczęście mieliśmy zarezerwowane trzy dni, by dać pogodzie szansę.

Jadąc do Hodilje, zahaczyliśmy jeszcze o Drače. Oczekiwania co do meteo na następny dzień, po tym jak zobaczyliśmy niebo nad kontynentem, zostały mocno ostudzone.

Perspektywa meteo na następny dzień… Widok z półwyspu na stały ląd.

Gdy dotarliśmy na miejsce, zaczęło lać. W lokalnej restauracji przeżyliśmy prawdziwe oberwanie chmury – morze „zawrzało”, a wiatr niemal porwał wiatę, pod którą siedzieliśmy. Moje nadzieje stopniały do zera. Trzymałem się jeszcze myśli o pogodowym cudzie następnego dnia. Jeśli nie jutro, to mamy jeszcze pojutrze – pomyślałem. Choć to już byłoby w pośpiechu, bo mieliśmy zaplanowany obiad w Potomju. Nie wyglądało to dobrze…

Wstajemy rano i… słońce! Przepiękna pogoda, czyste niebo, zero wiatru! Jemy śniadanie i pędzimy do Žuljany.

Zaczynamy na luzie, kilkoma ujęciami w drodze na plażę Vućine. Potem zmiana garderoby, zdjęcia w gaju oliwnym i ruszamy dalej. Pogoda dopisuje. Wiem, drodzy koledzy i koleżanki po fachu, że ostre słońce nie każdemu pasuje, ale po armagedonie z poprzedniego dnia nie zamierzaliśmy narzekać. Szczerze mówiąc, to światło nadało zdjęciom atmosferę słonecznej Dalmacji, którą wszyscy tak lubimy. Z praktycznego punktu widzenia: gdybym chciał fotografować tylko w świetle porannym i popołudniowym, mocno ograniczyłbym czas. Mniej czasu to mniej lokalizacji, mniejsza różnorodność i pośpiech, którego nie lubię.

W Janjinie, małym miasteczku z białego kamienia.

Oczywiście dwanaście godzin pracy to wyzwanie, ale warto robić przerwy (my zatrzymaliśmy się w kawiarni w Janjinie) i zachować spokojne tempo. Czasem lepiej odpuścić jedną lokalizację, by na spokojnie wyeksplorować inną. Wszystko zależy od kondycji osób przed obiektywem. Głębokie ukłony dla Anety i Bartka za wytrzymałość, cierpliwość i dobry nastrój do samego końca. Chapeau bas! Daliście radę od 9:00 rano do 21:00 bez marudzenia! Szczerze Wam dziękuję.

Na wzgórzu z kościołem p.w. Św. Mikołaja (Crkva Sv. Nikola).

Każdy stały bywalec półwyspu zna ten zakątek w Trsteniku. Kwitnące oleandry rosną wszędzie na półwyspie. Jasne różowe, ciemniejsze, bordowe, białe - razem z żółtą brnistrą i bugenvillą stanowią sezonowy emblemat kwiatowy Pelješca, natomiast w Trsteniku przy nabrzeżu potężne krzewy oleandrów obsypują biały kamień poniżej, a dodatkowo miejscowi pod tymi oleandrami trzymają swoje rybackie łodzie. Jest to scenografia tak pocztówkowa, że odpowiednio sfotografowana daje wręcz wrażenie fototapety.

Ten widok z punktu widokowego z charakterystyczną ogromną butelką wina jednej z winiarni z Potomja za każdym razem robi wrażenie, nawet jeśli zatrzymuje się tam tysięczny raz. W tle Orebić i wyspa Korčula.

Zaś ostatniego dnia przewidzianego na sesję, domknęliśmy niejako temat kilkoma kadrami z Rodzicami Bartka – Agnieszką i Grzegorzem. Byliście wspaniali, a robienie Wam zdjęć to czysta przyjemność!

Koncepcją sesji był spacer dwojga ludzi, świeżo upieczonych małżonków, w miejscu, które kochają. W ciągu dwunastu godzin zdołaliśmy ogarnąć teren od Žuljany prawie do Kučište. Myślę, że daliśmy radę – efekty możecie ocenić sami.

Next
Next

Spiżowy monument