Caput Mundi. Rzym po raz pierwszy.
Dokładnie w kierunku wschodnim, z latarni kopuły Bazyliki Św. Piotra rozciąga się widok na Pl. Św. Piotra, a za nim Tybr i Apeniny Środkowe rysujące swoją linię na horyzoncie.
Zastanawiałem się czym zainaugurować ten blog. Po namyśle zdecydowałem, że zacznę od Rzymu, od mojego pierwszego wyjazdu do Wiecznego Miasta, na przełomie listopada i grudnia 2024. A więc lecimy.
Ku przygodzie!
Z zamiarem wyjazdu do stolicy Italii nosiłem się już od bardzo dawna, w zasadzie odkąd tylko pamiętam. Zawsze jednak coś stawało na drodze (zazwyczaj poprzednia praca) i permanentny brak czasu. Marzyłem o spacerze wzdłuż Tybru, o włóczeniu się bez konkretnego celu po Trastevere (Zatybrzu), no i oczywiście o zwiedzaniu, rozpocząwszy jednak uprzednio dzień od wizyty w jednej z lokalnych kawiarni, zamówienia cappuccino i czegoś dolce, na przykład mojego – jak się później okazało – ulubionego maritozzo, ponoć najsłynniejszego rzymskiego ciacha, czyli drożdżowej bułeczki, najczęściej typu brioche, nacinanej pośrodku i wypełnianej słodzoną bitą śmietaną. Zasmakowałem w maritozzo na tyle, że potem mniej lub bardziej świadomie, ilekroć naszła mnie ochota na małe co nieco, rozglądałem się za nią wszędzie.
Cappuccino, cannoli pistachio e maritozzo przy Pantheonie.
Marzyłem też, rzecz jasna, o zwiedzaniu. O ujrzeniu na własne oczy tych wszystkich najsłynniejszych, jedynych w swoim rodzaju i tylko tam istniejących wspaniałości architektury, rzeźby, malarstwa, sztuki po prostu, bo tej mam dookoła zbyt mało na co dzień, a potrzebuję z nią obcować dość intensywnie i często. Mam też silną predylekcję do staroci i wszystkiego co określane jest po anglosasku mianem vintage, szczególnie gdy te „starocia” nadal żyją, nadal wypełnione są ludzkim głosem, różnoraką działalnością (jak stare samochody czy samoloty), a przy tym wręcz kipią historią, przytłaczają wyobraźnię wiekami wydarzeń, a to już samo w sobie potrafi mnie zadziwić, oczarować, zachwycić i zainspirować.
Hera, Musei Vaticani.
Marząc więc o wizycie w Rzymie, myślałem przede wszystkim o wniknięciu w te miasto i o maksymalnym się w nim zatraceniu, na ile to możliwe oczywiście. W końcu to był mój pierwszy raz w Rzymie i, po prawdzie, nie wiedziałem czego się spodziewać. Czy mnie zachwyci? Czy może rozczaruje? Czy jego wielkość i dziejowy ciężar wypływu na kształt cywilizacji i los ludzi, nawet tych żyjących daleko od niego, mnie przytłoczy czy może jednak sprawi, że lepiej zrozumiem niektóre z wypadkowych, wzdłuż których potoczyły się losy Europy i niegdysiejszego świata? Czy i jak przemówią do mnie setki, a w niektórych przypadkach niemal dwa milenia istnienia budowli i murów? Co poczuję patrząc na jońskie kolumny podpierające architrawy ruin Forum Romanum i tympanon Panteonu? Przecież starożytni również je oglądali, patrzyli na nie i podziwiali, a wielu z nich stało dokładnie w tym samym miejscu i w tej samej przestrzeni, w której będę stał i ja. Przecież to jak żywcem przenieść się w czasie. To musi robić wrażenie. I robi.
Fragment sklepienia przedsionka Bazyliki Św. Piotra, Watykan.
Samolot z Modlina przeniósł nas do późnojesiennego Rzymu w niecałe dwie godziny. Dłużej zajmuje mi niezagrożony mandatem za nadmierną prędkość i bezstresowy przejazd autem z Białegostoku do Warszawy. Można więc powiedzieć, że nieco ponad półtorej godziny dzieli nas od wgryzienia się w maritozzo i popicia doskonałym cappuccino, siedząc w gwarnej kawiarence na Piazza della Rotonda. Lądowanie na Ciampino, autobus na Zatybrze, gdzie meiliśmy wynajęty apartament. I już. Rzym. Jestem tu. O kurde.
Justynę zawsze ciągnie do kuchni.
Zatybrze (wł. Trastevere), to przepiękna, stara, lewobrzeżna dzielnica Rzymu, pocięta labiryntem uliczek, w której rozsypane są dziesiątki knajp, barów, restauracji i wszelkich innych przybytków ogólnie pojętej gastronomii. Temat gastronomii i ogólnie jedzenia w Rzymie był i jest tematem tysięcy przewodników i zapewne również tysięcy książek, artykułów i opracowań. Również i dla mnie, a przede wszystkim dla mojej żony, podjęcie próby napisania czegokolwiek o rzymskiej kuchni skończyłoby się niechybnie napisaniem kolejnej z tysięcy wspomnianych książek. Tak więc o kuchni wspominać będę tu tylko mimochodem, ale uwierzcie mi – jest o czym pisać i czytać.
Nie tylko Rzym, ale cała Italia to opowieść o kuchni. O życiu pełnym smaku. O radości współdzielenia stołu. To widać na każdym niemal kroku.
W kwestii kuchni włoskiej, a rzymskiej w szczególności zapadło mi w pamięć dość ciekawe stwierdzenie, które, o ile mnie pamięć nie myli, zasłyszałem w jednym z kulinarnych programów prowadzonych przez Gino d’Acampo lub Gennaro Contaldo o tym, iż kuchnia włoska, o której mówi cały świat, to po prostu kuchnia rzymska. Podobno jest tak (a będąc już w wielu miejscach w Italii jestem skłonny zgodzić się z tą teorią), że szeroko rozumiana kuchnia włoska, czy też kuchnia włoska obecna niejako we wspólnej świadomości społeczności globalnej wioski jest charakterystyczna tylko dla głównego ośrodka miejskiego Italii, pępka byłego Cesarstwa, punktu na mapach, do którego, niczym szprychy w rowerowym kole, prowadziły wszystkie drogi: Rzymu. To tutaj rozwija się techniki kulinarne, stosuje wyszukane kompozycje, wymyśla nowe nazwy, eksperymentuje się, udoskonala, rozwija i poszukuje nowych smaków i tekstur.
Kuchnia prowincji to nadal kuchnia prosta (prostsza), co nie znaczy oczywiście, że „prostacka”, niemniej jednak daleko jej do wyszukanych i finezyjnych propozycji rzymskich restauratorów. Włoska, archetypiczna nonna, sama będąca już w pewnym sensie uosobieniem jedynej i prawdziwej kuchni włoskiej oraz kojarzona w stereotypowym myśleniu jako poczciwa i sympatyczna babunia całymi dniami lepiąca ravioli i torellini być może gdzieś istnieje, ale rzeczywistość dziś jest brutalnie różna od pospolitego wyobrażenia. Starzy ludzie odchodzą, młodzi gotować już nie muszą, a często po prostu nie chcą. Znikają tradycje, znika wiedza. Kuchnia biedna, cucina povera, wykształciła na przestrzenia wieków wiele przepisów, które dotrwały, dzięki babciom, do dziś, a dotarłszy do Rzymu i trafiwszy na grunty kulinarnej sztuki, mają szansę na ocalenie od zapomnienia, rozwój, i wejście do zbiorowej świadomości ludzkiej na tyle by stać się odrębnym dobrem godnym uznania UNESCO jako następnego na liście światowego (już nie stricte włoskiego) dziedzictwa kulturowego ludzkości. Ludzkości, a więc nas wszystkich. Kuchnia prowincji jest w widoczny sposób inna od rzymskiej. Widać to wyraźnie w Toskanii, widać to w Neapolu i Bari. Po prostu tam, gdzie mamy większy ośrodek miejski, ludzie zaczynają daną materię badać, zgłębiać, bawić się nią i rozwijać. Dalej jest jak najbardziej utylitarna, w końcu jemy nie tylko dla przyjemności, ale obrasta również w warstwę zachwytu.
Wobec tego oczywiście, jestem w stanie wyobrazić sobie, że oto podróżując po włoskiej prowincji trafiam do małego miasteczka, w którym natykam się na z pozoru niczym nie wyróżniającą się małą restaurację, w której doznaję szoku i kulinarnego objawienia. Tak, oczyma wyobraźni widzę siebie w takiej sytuacji. Oto w tej małej, małomiasteczkowej restauracyjce siedzę ja i miejscowi. Dostaję przed nos talerz ze stekiem po florencku i już pierwszy jego kęs jest ekstazą dla zmysłów. Do tego stawiają mi przy talerzu kieliszek doskonałego chianti. Tak. Widzę to. I myślę, że gdzieś to zapewne istnieje. To znaczy, chciałbym by istniało.
Ale w takich miejscach nie znajdę maritozzo, ani karczocha po żydowsku (carciofo a’la giudia). Tego ostatniego robię z żoną sam w domu, gdy uda się nam gdzieś te karczochy kupić, a gdy już je dostaniemy, lub przemycimy w bagażu wracając z Rzymu (magnes na lodówkę kupiliśmy na samym początku by ten staropolski obyczaj mieć szybko z głowy i zająć umysł kwestiami o wiele ważniejszymi), to wychodzą nam wybornie, po prostu kapitalnie, bo, co tu dużo mówić, żona w kuchni wymiata (w karczochach jednak wymiatamy oboje) i wówczas jest też na karczochu cieniutki plasterek słoninki. Tuż nad pierwszymi pozostawionymi po oczyszczeniu płatkami kwiatu, szklący się jak mika… Jest więc prawilne carciofo a’la giudia con lardo, a najczęściej jeszcze z pietruszką i skropione cytryną, wprzódy polane dobrą oliwą. Nie ma jednak sensu pisać, że jest to carciofo a’la giudia con lardo, prezzemolo in olio e limone, chociaż brzmi tak bardzo dokładnie i profesjonalnie. Tak profesjonalnie, że aż po rzymsku! Brzmi tak, że od razu słyszę Diego, z restauracji L’altra Guancia na rogu Via Tommaso Campanella i Via Pietro Giannone, kiedy zamówiwszy na primi piati carciofo zawsze pytał: „Con lardo...?” na co odpowiedź mogła być tylko jedna: „certamente”. Pewne rzeczy tylko w Rzymie.
We wspomnianej restauracji l’altra Guancia, gdzie poznaliśmy Diego, byliśmy wszakże podczas drugiego pobytu w Wiecznym Mieście. Wówczas zatrzymaliśmy się perfidnie blisko Basilica di San Pietro, na Prati, już nie na Trasevere, które nas tak bardzo zachwyciło. Kiedy wiedziony moimi (między innymi) relacjami dobry mój przyjaciel, Bartek, wybierał się ze szczerym kulinarno-hedonistycznym zamiarem wyrządzenia jak największego spustoszenia w rzymskich restauracjach (i skrzętnie ukrywanym pierścionkiem zaręczynowym), również zakotwiczył na parę dni na Zatybrzu. To dobra baza wypadowa do centrum, ale i świetna lokalizacja na kulinarnej mapie Rzymu.
Widok na most Principe Amedeo Savoia Aosta, w kierunku północnym, podczas spaceru nad Tybrem.
Kilka kroków i już jest się przy Tybrze. Tybr to nie jest szeroka rzeka, a jej przejście zajmuje chwilkę. Ponte Garibaldi wyprowadza nas wprost na Via di Torre Argentina, przy której rozciąga się dość obszerny kwartał rzymskich ruin. To Curia di Pompeo. Mapy Google i przewodniki mówią o tym miejscu, że zamieszują w nim koty. I faktycznie, kotów jest całkiem sporo. Śpią, snują się leniwie lub przemykają po pozostałościach niegdysiejszych rzymskich komnat senackich, w których to 15 marca 44 roku przed Chrystusem, padły (ponoć) jedne z najbardziej znanych słów: „kai su, teknon?” (I ty, moje dziecię/synu?). To tu senatorowie, a wśród nich również Brutus, dokonali udanego zamachu na życie Julisza Cezara. No więc przyjechałem właśnie do Rzymu, idę w kierunku jednego z najstarszych budynków świata, który w dodatku jest nadal w użyciu, Panteonu, ale po drodze natykam się na takie miejsce. Historia jest tu tak „gęsta”, że aż namacalna, dotykalna. A wrażenie potęguje fakt, że to wszystko znajduje się w centrum ruchliwego miasta. Wokół jeżdżą setki aut, autobusy miejskie, głośno bzyczą Vespy i Piaggio, ludzie podążają za swoimi sprawami. To nie jakieś muzeum na wzgórzu, to nie skansen za miastem. To wszystko nadal trwa w żywym organizmie miejskim.
Muszę się na chwilę zatrzymać i nad tym wszystkim zastanowić. To moje pierwsze zetknięcie ze starożytnością. Niby ruiny, niby to ponad dwa tysiące lat, ale niemal widzę tych ludzi tutaj, senatorów w togach, a w ich rękach sztylety. Kiedy tak myślę o Rzymie, wiem też, że stąpam w sposób dosłowny po wiekach historii. Pod stopami mam warstwy, niemal jak w torcie, pozostałości po minionych okresach, po setkach lat istnienia tu życia i rozwoju cywilizacji. Do dziś wszelkie prace ziemne w tym mieście prawie na pewno napotykają na resztki budowli, konstrukcji, ruiny, rzymskie cegły, trawertyn. To miasto budowane na swoich własnych pozostałościach, na swoich własnych śladach, sukcesach i porażkach, katastrofach, triumfach, tragediach i kataklizmach, sztuce i osiągnięciach inżynieryjnych (jak choćby cloaca maxima). Tutaj często starożytna historia „wbudowana” jest w mur nowej tkanki miejskiej, z którego wystaje, jak relief, jak portal podróży w czasie. Są takie miejsca w Rzymie, gdzie stare nie tyle miesza się z nowym, co nadal bierze udział we współczesnym życiu. A skoro żyje i aktywnie trwa i pracuje, można by rzec, to czy jest stare? Czy może jednak współczesne? Jakie to jest w ogóle niesamowite, że coś stworzone tek dawno nadal trwa. Nie ma już dawno śladu po budowniczych, po architektach. Może niektórzy z nich pieczołowicie zadbali za życia o to, by pamięć po nich przetrwała jak najdłużej. Ale czas jest bezlitosny. Próżno dziś szukać ich kosztownych grobowców. Żyją ich dzieła i konstrukcje, choć najczęściej bezimienne.
Oglądając ruiny Curia di Pompeo, patrzyłem na cegły, te charakterystyczne rzymskie cegły, dłuższe i bardziej płaskie niż te znane nam, współcześnie żyjącym. Widać je w ruinach byłego senatu, widać w murach Panteonu i Teartu Flawiuszów, znanym powszechnie jako Colosseum (Il Colosseo). Widać je tam, gdzie sięgało dawne Cesarstwo, na przykład w sklepieniach przyziemia Pałacu Dioklecjana w chorwackim Splicie. Te cegły ktoś wypalał, ktoś dostarczył na miejsce budowy, ktoś przy ich pomocy wznosił te wszystkie budowle. Wiele kolumn wznoszonych było z cegieł. Każda cegła w tych budowlach to czyjaś praca, czyjś wysiłek. Każda przeszłe przez wiele rąk. Po ludziach nie ma już dawno śladu. Po nas też nie będzie, choćbyśmy stanęli na uszach. Ale patrząc na te ruiny, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że duch tamtych czasów i ludzi wciąż jest żywy i ma się dobrze. Tego nie odczuwam nigdy w drewnianych skansenach, implantowanych w muzealny grunt. Skansen to miejsce martwe, a gdy odbywa się tam festyn – sztuczne. Zaś ruina w centrum miasta, mimo że ruina, nadal ma w sobie sporo życia. Otoczona jest bowiem życiem jak najbardziej prawdziwym. Podobne wrażenie miałem kiedyś przechodząc obok wielkiego wykopu na warszawskim Żolibożu. Odkryte na dnie były fundamenty przedwojennych kamienic, nad którymi dziś nie istnieje nic poza skwerem. Smutny to był widok, ale czuło się życie. Życie, które już dawno stamtąd uleciało, zostało wyrwane i zdeptane wojennym buciorem, ale było i drżenie jego mirażu pozostało. Taka refleksja nad ruinami.
Tak się akurat złożyło, że niedługo przez przyjazdem do Rzymu, oglądaliśmy jeden z naszych ulubionych filmów, Roman Holiday Williama Wyler’a, ze wspaniałymi Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem w rolach głównych. Film ten jedynie wzmocnił naszą chęć, a może i potrzebę, wyjazdu do Rzymu. Oboje lubimy odwiedzać byłe plany filmowe. Tak robiliśmy choćby w Nowym Jorku, odnajdując miejsca, w których powstawały sceny do takich filmów jak Men in Black, Die Hard, czy You’ve got Mail. Dla mnie, jako fotografa wyzwanie wówczas stanowi nie tyle odnalezienie danego miejsca, co zasadniczo w dzisiejszych czasach jest dziecinnie proste (choć zdarzają się sytuacje sporne i wówczas przydaje się wyobraźnia przestrzenna i umiejętności analizy zobrazowań pochodzących z różnych źródeł, umiejętność „czytania” detali w terenie), co znalezienie możliwie najbardziej prawdopodobnego punktu w przestrzeni, gdzie stała kamera, a następnie „dopasowanie” ogniskowej tak, aby najlepiej „zrekonstruować” filmowy kadr. To właśnie w tym leży największa trudność w tego typu zabawie. Niektóre miejsca zostały dość mocno przebudowane. Na przykład, co dziś wydaje się niedorzeczne, w czasach, gdy kręcono film (rok 1953), fragmentem Forum Romanum biegła ulica, którą widać w tle, w scenie, gdy grany przez Pecka dziennikarz Joe Bradley spotyka śpiącą księżnę Annę przy Arco di Settimo Severo. Gdy szukaliśmy dokładnego fragmentu murku, na którym na Scalinata di Trinita dei Monti (Schodach Hiszpańskich) siedziała Audrey Hepburn, kierowałem się detalami tekstury trawertynu, intruzjami na bloku kamienia. I to te małe detale pozwoliły mi na wskazanie tego konkretnego miejsca. Przemierzyliśmy pół miasta w poszukiwaniu tzw. shooting locations i większość znaleźliśmy, zaś pozostałe dwie przy Palazzo Barberini dodaliśmy do „kolekcji” podczas drugiego wyjazdu.
Oczywiście, to nie było tak, że uganialiśmy się w Rzymie za planami filmowymi jednego z naszych ulubionych filmów. To odbywało się niejako przy okazji. Ale i dzięki temu, że był to jeden z naszych planów na ten pobyt, napotykaliśmy również niesamowite miejsca i odkrywaliśmy Rzym dla siebie. Jednym z takich odkryć była ulica Via Margutta i ulice w jej sąsiedztwie, będące siedzibą wielu galerii sztuki oraz kameralnych i bardzo drogich sklepów, butików z ubraniami i dodatkami. Do tego cisza i dystyngowany spokój drogiej dzielnicy. Wspaniałe miejsce na nieśpieszny spacer.
Zachwycił mnie Pantheon. To prawdziwa perła architektury. Powiedzieć o tej budowli, że to zabytek klasy zero, to jak nic nie powiedzieć. Widok tych szesnastu, potężnych, niemal dwutysiącletnich kolumn, najprawdziwszego porządku korynckiego, całego portyku, a przede wszystkim wnętrza przykrytego wspaniałą 42-metrową kopułą z niezbrojonego (!) betonu z 8-metrowym occulusem dosłownie wbija w ziemię. Patrzyłem na to z zachwytem i podziwem. Pantheon jest budowlą ze wszech miar zachwycającą. Tak pod względem czysto inżynieryjnym, jak i historycznym. Czytałem uprzednio o konstrukcji owej kopuły i o tym dlaczego pomimo upływu niemal dwóch tysięcy lat, wojen i kataklizmów nie uległa ona zawaleniu pomimo, iż nie posiada zbrojenia; czytałem o belkach z brązu w portyku, z których papież Urban VIII kazał odlać działa, bojąc się ataku niemieckich protestantów na swą siedzibę (jego pontyfikat przypadał na okres wojny trzydziestoletniej między katolikami, a protestantami w Niemczech), a pozostałą resztę przeznaczono na odlanie spiralnych kolumn baldachimu według projektu Giovanniego Lorenzo Berniniego w Bazylice Św. Piotra w Watykanie.
W Pantheonie pochowany jest słynny włoski malarz i architekt, Rafael, oraz dwaj królowie Włoch – Vittorio Emanuele II (który zjednoczył Włochy) oraz Umberto I. Na Pantheonie wzorowany jest m.in. kościół Św. Aleksandra na Pl. Trzech Krzyży w Warszawie. Co ciekawe, obie budowle dzielą ten sam architektoniczny epizod polegający na utracie dwóch, bliźniaczych wież, symetrycznie rozmieszczonych po obu stronach portyku. W przypadku Pantheonu dobudowano je w XVII wieku i rozebrano w 1883 roku, zaś w przypadku kościoła Św. Aleksandra na Pl. Trzech Krzyży, wieże (dzwonnice) były oryginalnymi elementami, nie odbudowanymi natomiast po wojnie, gdy stolica Polski dźwigała się z gruzów.
Typowe włoskie śniadanie (colazzione) to, podobnie jak typowe chorwackie śniadanie, nie jest jakaś super ambitna kulinarnie sprawa, ani wielka „mecyja”. Zazwyczaj składa się na nie coś słodkiego, na przykład wspominane przeze mnie z lubością maritozzo, sfogliatella, cannoli, lub inne ciastko, a do tego kawa. Przyjęło się, choć niekiedy się od tego odchodzi z uwagi na turystów, że do mniej więcej godziny jedenastej można pić (również) kawy z mlekiem. Stąd wspomniane maritozzo con cappuccino (lub też odwrotnie). Ponieważ nie jestem wielkim miłośnikiem słodkości (wyjątkiem są rurki z bitą śmietaną z cukierni Cendrowscy w Łomży), to zdecydowanie wolę bałkańskie śniadania i słonego burka z mięsem lub serem i czarną kawę. Oczywiście hotele i hoteliki oferują swoim gościom „klasyczne” continental breakfast, lub w ogóle coś mniej słodkiego, czy też zawierającego w swoim składzie sól, niemniej jednak, jeśli decydujemy się na kulturowe doznania, to śniadanie w lokalnej kawiarni może osoby w Italii będące po raz pierwszy lekko zszokować. Jest to jednak część „krajobrazu” i coś, czego, jak myślę, trzeba spróbować będąc w Italii.
Takie śniadanie ma nas napędzić na dwie godziny, zanim zatrzymamy się na coś bardziej konkretnego w porze lunchu. Przyznam, że na samym początku moich włoskich peregrynacji było to dla mnie nieco irytujące. Szybko jednak zrozumiałem, że nic na to nie poradzę, zaś za parę godzin zasiądę do pizzy. Zamiast wybrzydzać i marudzić uznałem, że lepiej jest w to „wejść” i spróbować się przekonać. W końcu Włosi serwują takie ciacha, jakich nie mamy w Polsce. W każdym razie cappuccino con maritozzo przy Pantheonie, w Cremeria Monteforte, która działa w kolejnym „shooting location” Roman Holiday było fantastycznym doświadczeniem.
Z resztą, oboje uwielbiamy poranny, kawiarniany świat południa Europy. Przecież to jest za każdym razem rytuał i to zazwyczaj w miejscu-instytucji, jaką jest kawiarnia właśnie. Nigdzie indziej rano nie zazna się takiej atmosfery i lokalności. Brzęk naczyń, syk ekspresu, łyżeczki stukające o filiżanki, głośne rozmowy miejscowych, starsi panowie z gazetami, żywa gestykulacja, która we Włoszech stanowi język sam w sobie i jest z mową połączona nierozerwalnie jak muzyka filmowa z obrazem, który ilustruje. Obserwować to wszystko sącząc kawę, to prawdziwe małe szczęście.
Kiedy mówimy „Rzym”, często myślimy: „Colosseum” i „Watykan”. W sumie to nic dziwnego, ponieważ tylko dla tych dwóch miejsc naprawdę warto do Rzymu pojechać i chociaż raz w życiu zobaczyć je na własne oczy. Il Colosseo jest nawet uznane jako jeden z tzw. siedmiu cudów świata. Basilica di San Pietro, to w końcu drugi co do wielkości kościół na świecie. Colosseum, którego poprawna nazwa to Amphiteatrum Flavium (Amfiteatr Flawiuszów, od nazwy dynastii cesarzy, Wespazjana i Tytusa, za których panowania zostało ono wzniesione) wywodzi swoją potoczną nazwę od starożytnego posągu Nerona, tzw. kolosa (według niektórych źródeł, wysokiego na 35 metrów i wykonanego z pozłacanego brązu), który stał tuż przy fasadzie amfiteatru. W starożytności, nazwa Colosseum nie była znana, a co za tym idzie używana – to zapoczątkowane zostało dopiero w średniowieczu.
Colosseum wywiera ogromne wrażenia. Jest to potężna budowla i nawet dziś, po niemal 1950 latach od j wybudowania, pożarach, kilku trzęsieniach ziemi, szabrowniczej rozbiórce i trwającego mniej więcej od XIV do XVIII wieku wykorzystywania budowli jako kamieniołom przytłacza swoim rozmiarem i zadziwia od strony technicznej. Patrząc na to jak budowano niemal dwa tysiące lat temu dochodzę do wniosku, że umiejętności i możliwości ówczesnych budowniczych budzą szacunek. Budowano z cegieł i betonu (w Rzymie), stosowano rozwiązania, które – gdyby zechcieć budować z cegieł – obowiązują po dziś dzień. Gdybyśmy my, współcześni, zapragnęli wybudować replikę Il Collosseo, to ostatecznie taki budynek wyglądałby w zasadzie tak samo. Ten sam układ cegieł, te same łuki w murach pomagające w dystrybucji masy własnej budynku, te same przypory i sklepienia. Oczywiście cegły dostarczylibyśmy na plac budowy ciężarówkami i zapewne wykorzystalibyśmy nowoczesne dźwigi i pompy betonu, ale to by było tyle jeśli chodzi o różnice. Czy więc budownictwo, w pewnych aspektach, nie rozwinęło się nieco bardziej na przestrzeni tych setek lat? Czy są to metody tak dobre i dopracowane, że nie ma już dla nich możliwości rozwoju? Zdaje się, że tak właśnie jest. Oczywiście starożytni Rzymianie nie znali żelbetu, więc można popuścić wodze fantazji i wyobrażać sobie jak wyglądałyby ich mosty, akwedukty, świątynie, termy i amfiteatry, gdyby tę technologię znali i w jakim stanie przetrwałyby ich dzieła do dziś. Może ominąłby je przykry los, jaki spotkał Forum Romanum? Może starożytna rzymska „tradycja” swoistego recyklingu elementów starszych lub pochodzących z rozebranych budowli do konstrukcji nowych, nie miałaby racji bytu?
Będąc w Colosseum nie rozmyślałem jakoś szczególnie intensywnie o jego dość brutalnej przeszłości. Raczej zastanawiało mnie to, ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile przerysowań i przebarwień nagromadzonych przez wieki, do których powstania w szczególny sposób rękę swą przykładał kler i Państwo Kościelne, choć, co ciekawe, z przynajmniej jednym dobrym dla Colosseum skutkiem. Otóż nie istnieją dziś żadne dowody na to, że rzymscy chrześcijanie byli niemal systemowo mordowani w Colosseum. Przeczą temu nie tylko badania archeologiczne, ale przede wszystkim brak konkretnych zapisów rzymskich, które o takich wydarzeniach wspominać powinny. Owszem, chrześcijanie byli wówczas prześladowani, to nie ulega wątpliwości, natomiast informacje o ich niemalże masowych egzekucjach wskazują na czasy Nerona, rok 64 n.e., a więc zanim w ogóle zbudowano Amfiteatr. Wiadomo natomiast, że niekiedy masowe egzekucje chrześcijan miały miejsce w prywatnych ogrodach Nerona oraz w pobliskim Circus Maximus. Faktem też jest, że Rzym przeprowadzał egzekucje ludzi skazanych za poważne przestępstwa w samym Colosseum, na przykład w przerwach między walkami gladiatorów, często w skrajnie brutalny sposób ad bestias (z wykorzystaniem dzikich lub zdziczałych i uprzednio specjalnie „przygotowanych” zwierząt). Mogło się więc zdarzyć, że wśród skazańców byli również skazańcy wyznania chrześcijańskiego. Podpalacze lub ci, którzy nie chcieli uznać istnienia bóstw rzymskich byli często poddawani okrutnym egzekucjom na arenach wielu amfiteatrów i cyrków Rzymu. Colosseum w tym aspekcie nie jest ani zbyt często wymieniane w zachowanych podaniach z tamtych czasów, ani nie jest jedynym miejscem kaźni. Natomiast kultura chrześcijańska, Kościół Rzymskokatolicki i literatura nawiązująca do tamtych czasów uczyniła z Colosseum pewien symbol miejsca martyrologii chrześcijan. Winne temu jest poniekąd same Colosseum, bo raz, że jest największym amfiteatrem (w odróżnieniu od cyrków, które były konstrukcjami o innym kształcie i były najczęściej dużo większe), dwa - odbywały się na jego arenie „igrzyska śmierci”, a więc mamy i męczeństwo, tym bardziej męczeństwo dla pieniędzy właścicieli gladiatorów oraz rozrywki i zaspokojenia próżności wyzutego z moralności tłumu oraz bezwzględnej władzy i trzy – Colosseum, jako jedyny tak okazały i w sumie najlepiej zachowany w swej fizycznej formie obiekt „pamiętający” niechlubne czasy, stał się pewnego rodzaju architektoniczną relikwią, a więc doskonale nadawał się do tego, by w jego owalnych murach zakotwiczyć zbiorowe pojęcie martyrologii chrześcijańskiej. I poniekąd to właśnie "uratowało” budowlę przed totalnym upadkiem, absolutną ruiną i kompletną dewastacją. Otóż w XVIII w., a dokładnie w roku 1744 Colosseum zostało ogłoszone miejscem męczeństwa Chrześcijan i wraz z tym zakończyła się eksploatacja budowli jako kamieniołomu.
Colosseum wywarło na mnie ogromne wrażenie. Jak wspomniałem, jest ogromne. Podobno mogło pomieścić nawet 50 tysięcy osób. Przechadzając się po jego trybunie, wyobrażałem sobie tę wrzawę, ten zgiełk, tych wszystkich ludzi – tych na widowni i nieszczęśników na arenie... Nie miałem przed oczami hollywoodzkich scen z Gladiatora. Wiem, że znakomita większość obywateli kraju hamburgerów przyjeżdża tu w „poszukiwaniu” ducha Maximusa, a okrzyki „Roman victor!” nie są rzadkością. Słyszałem je również w dużo mniejszym, „lokalnym” amfiteatrze w Pompejach.
Doprawdy trzeba bardzo intensywnie zaprząc wyobraźnię by przenieść się do minionych czasów i „zobaczyć” Rzym cesarzy. Ale te mury w tym przedsięwzięciu świetnie pomagają. Fantastycznym akcentem nie związanym z historią starożytną, czy też architekturą jest obecność pospolitych w Rzymie zielonych papug.
Przemierzając pieszo ulice Rzymu, mam wrażenie, że gdzie nie spojrzę, znajdę coś interesującego. Place, obeliski, renesansowe kościoły z przebogatymi wnętrzami, przepiękne fontanny, z tą najsłynniejszą u zbiegu trzech ulic (wł. tre vie, łac. trevium), czyli di Trevi. Za każdym rogiem czai się coś interesującego. Każdy spontaniczny skręt w którąkolwiek z ulic to nowe odkrycia. Aby dotrzeć z Colosseum do Piazza Venezia, przy którym piętrzy się słynny Altare della Patria (Ołtarz Ojczyzny) – ogromny budynek-monument będący w istocie swoistym ołtarzem właśnie, zdobionym przepięknymi rzeźbami okalającymi piedestał jadącego na koniu króla Vittoria Emanuele II, miejscem zawierającym w swej formie Grób Nieznanego Żołnierza, z dachu którego zdają się wystrzeliwać w niebo dwie kwadrygi, z pomiędzy których rozpościera się bodaj jeden z najpiękniejszych widoków na cały Caput Mundi, trzeba przejść się Via dei Fori Imperiali, mijając po lewej słynne Forum Romanum, po prawej zaś Foro di Augusto oraz Foro di Traiano.
My z Colosseum w kierunku Piazza Venezia wybraliśmy się przez Via Sacra – starożytny reprezentacyjny trakt wiodący prosto w serce Forum Romanum. Od razu na wstępie doznaję swoistego deja vu: oto naprzeciwko mnie wyrasta coś, co już doskonale znam: Łuk Tytusa (Arco di Tito). To ten łuk rysowałem na pierwszym roku studiów na wydziale architektury Politechniki Białostockiej. Bardzo dobrze pamiętam ten rysunek. Mam go z resztą do dziś. Napis wyryty na jego szczycie (SENATUS POPULUSQUE ROMANUS DIVO TITO DIVI VESPASIANI-F VESPASIANO AUGUSTO) nawet dziś recytuję z pamięci. I oto jest tu przede mną, w całej swej okazałości. Czuję się szczerze poruszony i chyba wzruszony tym w jaki sposób końcówka lat 90-tych przypomniała mi o sobie. Proces rysowania tuszem owego łuku był tak pochłaniający i do tego stopnia zapadł mi w pamięć, że czuję jakiś trudny do zdefiniowania związek osobisty z tym monumentem. Wzniesiony między 81, a 96 rokiem (według różnych przekazów), stoi w tym samym miejscu prawie dwa tysiące lat. 1900 lat później jakiś student dostaje zadanie naszkicowania go na zaliczenie z rysunku. Ów student, czyli ja, nigdy nie widział tej budowli na oczy. Minie ponad ćwierć wieku zanim to nastąpi. To jednak w pewnym sensie niesamowite widzieć po raz pierwszy coś, co istnieje od niemal dwóch tysiącleci, narysowawszy to 26 lat wcześniej i z jakiegoś powodu wyrywszy to sobie w pamięci zapewne na całe życie by w końcu zobaczyć to na własne oczy. To jak spotkanie po latach starego znajomego i samego siebie z przeszłości.
Forum Romanum to w zasadzie jedna wielka ruina. Poza podobnym losem, jaki spotkał Colosseum, a więc pospolitego szabrownictwa, przeplatanego destruktywnym oddziaływaniem klęsk naturalnych, do jego niemal całkowitej zagłady przyczynił się znacznie Kościół Katolicki. Jeśli ktoś lubi zwiedzać budynki sakralne, ten być może, odwiedzając kościoły w szczególności te, które położone są wokół Forum odkryje, że ich wnętrza współtworzą elementy konstrukcyjne i ozdobne przeniesione z pogańskich świątyń i budynków Forum. Rujnowanie Forum jako celowe działanie i traktowanie go jak hurtowni z gotowymi prefabrykatami było w pewnym okresie historii Rzymu nie tylko dozwolone, ale wręcz wspierane przez Państwo Kościelne. Była to praktyka znana pod nazwą spolia i stanowiła, oprócz fizycznego dostarczania budulca, wyraz dominacji jednej wiary nad drugą, która bezpowrotnie przeminęła.
Forum Romanum ma oczywiście historię dużo bardziej skomplikowaną, o której warto choćby pobieżnie poczytać, by będąc tam lepiej rozumieć to, na co się patrzy. Dla mnie, jest to miejsce historycznie bezcenne, pozwalające z bliska przyjrzeć się kształtom, ale też przede wszystkim rozmiarom (!), proporcjom i materiałom. Dziś w Internecie można sobie obejrzeć cyfrowe rekonstrukcje Forum i to też warto zobaczyć przed wizytą tutaj. Choć dla mnie osobiście kontrast pomiędzy tymi rekonstrukcjami, a zrujnowaną rzeczywistością jest dość przykry w odbiorze. Prawdą jest, że Forum zostało poważnie zniszczone podczas trzęsienia ziemi w VIII wieku, ale to ludzka ręka zadała ostateczny cios sztuce i architekturze. Do głosu doszły jedne z najgorszych ludzkich demonów: buta i złodziejstwo, pycha i pogarda, brak szacunku, cynizm i arogancja.
I to jest jedna z point, jaka przychodzi mi do głowy po wizycie w tym miejscu, tym bardziej, że to właśnie ówczesny Rzym, miejsce na wskroś przesiąknięte złem, było też jednak zarzewiem całej europejskiej i zachodniej kultury, sztuki, architektury, czy też myśli prawniczej. Czyż Lincoln Memorial w Waszyngtonie nie wygląda, wypisz-wymaluj, jak typowa rzymska świątynia? Czyż ogromne kolumny i tympanon wbite w fasadę NYSE i fasady sądów na nowojorskim Mannhattanie nie posiadają głowic w porządku korynckim? A jak wygląda wspomniany kościół Św, Aleksandra w Warszawie? I czy nie budujemy nadal łuków triumfalnych? Czerpiemy, jako współczesna cywilizacja, całymi garściami z kulturowego skarbca starożytności, w tym z Rzymu czasów SPQR. Nawet świątynie chrześcijańskie i obecne w ich wnętrzach barokowe ołtarze pełne są elementów wynalezionych i zaprojektowanych przez kogoś w starożytnym Rzymie. Oto jak są one ponadczasowe, idealne, perfekcyjnie narysowane i nadal klasycznie piękne. To dopiero osiągnięcie: zaprojektować coś, co będzie się podobać ludziom za dwa tysiące lat. Ogólnie rzecz biorąc, projektowanie rzeczy pięknych i procedencja formy, a nie treści, jest po dziś dzień jedną z najbardziej rozpoznawalnych w świecie włoskich specjalności.
Gdy już doszliśmy do Altare della Patria widać to było doskonale. Cały gigantyczny monument, wybudowany na przełomie XIX i XX wieku, w latach 1885 – 1935, jest tak idealnie „rzymski”, że można by pomyśleć, iż stanowi odrestaurowaną część Forum, z którym przecież graniczy. Sam dawno temu, gdy jeszcze nie słyszałem o Altare della Patria, byłem święcie przekonany, że jest to po prostu wspaniale zachowana budowla starożytna. Jedną z zalet Ołtarzajest właśnie to, że pozwala współcześnie żyjącym łatwiej wyobrazić sobie jak wspaniale musiało wyglądać Forum Romanum w czasach swej największej świetności.
Z dachu Ołtarza Ojczyzny, jak już wspomniałem, roztacza się przepiękna panorama na cały Rzym. Wjeżdża się na sam dach windą i spędza na nim tyle czasu, ile dusza zapragnie. Po jednej stronie Colosseum, po drugiej Watykan. Stare i nowe. Te historyczne przejście z jednej kultury w drugą, jednego wyznania w drugie ma jednak wizualnie jakąś spójność i jest nią architektura. Starożytny Rzym obecny jest w każdym detalu Bazyliki Św. Piotra, a posągi i popiersia władców Rzymu oraz przedstawienia postaci z rzymskiej mitologii są dziś wystawiane w oszałamiających ilościach w Musei Vaticani. Stare przeszło w nowe, albo raczej poprzednie w następne. Wniosek jest tylko jeden: design wygrał z religią.
Oczywiście, skłamałbym gdybym powiedział, że interesuje mnie tylko Rzym i starożytność, a nie 44 hektary wykrojone w jego wnętrzu dla innego państwa – Watykanu. Watykan, Bazylika Św. Piotra, Muzea Watykańskie, sam Plac Św. Piotra jest tzw. must have większości turystów przyjeżdżających do Rzymu. „Być w Rzymie i nie widzieć papieża?” – pytamy retorycznie. Z tym zobaczeniem papieża może być różnie, bo różnie może ułożyć się grafik naszego pobytu, czasem przecież jedynie kilkudniowego, ale może też się zdarzyć, że vescovo di Roma nie będzie w tym czasie w Rzymie, a może i w Italii. Warto sprawdzać stronę internetową Watykanu, na której możemy sprawdzić, czy, przykładowo, w najbliższą niedzielę odbędzie się Angelus (modlitwa Anioł Pański) o dwunastej w niedzielę. Można też zarejestrować się na audiencję generalną czy to na Placu Św. Piotra, czy wewnątrz samej Bazyliki.
Nie nastawialiśmy się jednak na udział w prowadzonych przez Leona XIV spotkaniach z wiernymi (to odłożyliśmy sobie na następną wizytę w Rzymie, o czym napiszę w którymś z następnych wpisów na blogu), ale na obejrzenie eskpozycji muzealnych w Musei Vaticani oraz wizytę w Bazylice, na jej dachu i Piazza di San Pietro. Łatwo przeoczyć fakt, że Watykan jest suwerennym państwem. Niektórzy powiedzą, że jest li tylko mikrym cieniem swojej dawnej formy. Obecny jego kształt jest w rzeczy samej efektem wieków przemian i transformacji politycznych, religijnych i kulturowych, które doprowadziły do tego, że dziś jest to enklawa już nawet nie wewnątrz innego państwa, ale miasta.
Kiedyś papieże rezydowali na Lateranie, a z Lateranu na Watykan rezydencję przeniesiono w 1377 roku, za pontyfikatu Grzegorza XI i to do tego czasu Watykan stał się swoistym centrum zarządzania zarówno Kościołem, jak i Patrimonium Sancti Petri (dosłownie „ojcowizną Św. Piotra”), czyli Państwem Kościelnym. Państwo to istniało równe 1114 lat, aż do roku 1870, kiedy to zwieńczono kilkunastoletni proces jednoczenia Włoch (znany jako risorgimento – odradzanie się) do formy znanej nam dziś. Włochy, ze stolicą w Rzymie, zostały formalnie likwidatorem Państwa papieży, państwa, które miało swoją własną armię, ale również chętnie korzystało z najemników i pomocy obcych armii, prowadziło wojny i pobierało podatki. Włochy jakie znamy, są państwem młodym. Przypomnę raz jeszcze: formalne zjednoczenie to rok 1870, a więc w zasadzie koniec XIX wieku. Nawet USA, których młody wiek sam w sobie jest dla wielu obywateli innych, mniejszych i starszych państw wystarczającym powodem do podbudowania swojego ego, jako niepodległy byt państwowy są starsze.
Dzień zjednoczenia obchodzony jest we Włoszech 20 września. To właśnie 20 września oddziały bersaglieriwdarły się do Rzymu przez wyłom w Mura Aureliane nieopodal jednej z bram (Porta Pia) wiodących do miasta. Od tego właśnie miejsca z resztą zaczyna się świetna książka „Włosi”, Johna Hoopera, którą polecam miłośnikom Włoch jako lekturę obowiązkową. A wracając do Watykanu: od momentu zjednoczenia Włoch i likwidacji Państwa Kościelnego (pardon – „Ojcowizny Św. Piotra”) terytorium przeznaczone dla głowy Kościoła ograniczone zostało do tych 44 hektarów po lewobrzeżnej stronie Tybru. Papieże zostali „więźniami na Watykanie”. Serio, serio. Tak się sami określali. Zaprzestano tego swoistego „samobiczowania” dopiero w roku 1929, po podpisaniu Traktatów Laterańskich pomiędzy Stolicą Apostolską, a Włochami Mussoliniego, na mocy których powstało suwerenne Państwo Miasto Watykan.
Ach, ten Watykan! Jest coś takiego w tym miejscu, co trudno nazwać. Jakaś energia, jakiś magnes. Byłem tam jak dotąd czterokrotnie i nadal chcę wracać. Być może jest to efekt skali. A ta jest niewyobrażalna dla kogoś, kto nigdy Watykanu osobiście nie doświadczył i wciąż ogromna dla kogoś kto już tam był. Jest to miejsce tak bogate historycznie, duchowo, wizualnie, pod względem symboliki, tak obciążone jako punkt ogniskowy religii rzymskokatolickiej, że doprawdy trudno to objąć mentalnie podczas pierwszej wizyty.
Po przejściu przez punkt kontroli bezpieczeństwa ulokowany pod zadaszeniem kolumnady Berniniego, zmierzam wzdłuż ścian Pałacu Apostolskiego w kierunku Bazyliki. Już z tej odległości robi ona piorunujące wrażenie. Jej fasada jest tak potężna i wysoka, że nie widać już nawet kopuły. Rozmiar kolumn fasady hipnotyzuje. Zadzieram głowę coraz wyżej. Z podziwem patrzę na „podarowane” nam przez starożytnych elementy architektonicznego porządku, proporcji i elegancji. Korynckie głowice, przepotężne, miejscami ażurowe, wzbudzają mój zachwyt. Idę schodami pod samo wejście. Stąpam po płytach z trawertynu, po których chodzili najwięksi tego świata.
Jestem wewnętrznie bardzo poruszony, a wzruszenie ogarnia mnie, gdy staję idealnie w osi symetrii Bazyliki i zadarłszy wzrok ku górze, spoglądam na jej najsłynniejszy balkon. Balkon, z którego co jakiś czas padają słowa „Annuntio vobis gaudium magnum. Habemus papam!” Padły one również 16 października 1978 r. Dla mnie, człowieka z tzw. „rocznika JP2” jest to szczególny moment. Jak wówczas, gdy jedna z moich osobistych historii domknęła się pod Łukiem Tytusa, tak i teraz znajduję w tej małej-wielkiej chwili coś bardzo osobistego i szczególnego. Wyobrażam sobie siebie, mającego zaledwie 8 miesięcy, gdy tu, dokładnie w tym miejscu zgromadzone są dziesiątki tysięcy ludzi. Panuje atmosfera wyczekiwania po tym jak moment wcześniej wszyscy zgromadzeni na Placu ujrzeli wydobywający się z komina w dachu Kaplicy Sykstyńskiej fumata biancha (biały dym). Kamery wszystkich telewizji świata zwrócone są na ten plac, na ten balkon, na który teraz patrzę. I podobnie jak będąc w Colosseum i wyobrażając sobie tamtejsze igrzyska, tak i tu wyobrażam sobie ten nastrój. Słyszę okrzyki, oklaski, śpiewy, słyszę dziennikarzy, słyszę dzwony będące ostatecznym potwierdzeniem faktu, że nowy papież został wybrany. Dzwony milkną, otwierają się drzwi Auli Błogosławieństw i na Logię Błogosławieństw wychodzi z asystą kardynał Pericle Felici, który po chwili ogłasza urbi et orbi wybór nowego biskupa Rzymu.
Kiedy tak tam stoję i sobie to wszystko wyobrażam, naprawdę dostaję gęsiej skórki. To wbija w ziemię. To jest naprawdę wielka rzecz. I to wszystko działo się tu: nad moją głową. Odczuwam ogromną wdzięczność, że mogę tu być, patrzeć na to wszystko, chłonąć to wszystko, co roztacza się przed moimi oczami. Ogrom tej formy jest z jednej strony niemal przytłaczający, ale z drugiej strony fascynujący, powodujący zachwyt, sprawiający, że człowiek czuje się mały w zestawieniu zarówno z fizycznością rozmiarów tego miejsca, ale również mały na tle zamkniętych tu wydarzeń i historii wieków. Tu się po prostu czuje ciężar historii. Niemal fizycznie. Potęguje te odczucie porażające wręcz bogactwo form i kształtów, wydobytych z kamienia tekstur, ornamentacji, trójwymiarowości zdobień, przestrzenności i perspektyw. Wystarczy przyjrzeć się sklepieniom w samym wejściu by mózg zaczął zdradzać objawy przegrzania i niezdolności do ogarnięcia zmysłami całości. I już wiesz, że na jednym dniu, na tych paru godzinach teraz się nie skończy. To niemożliwe. I nie chodzi o obejrzenie każdego skrawka ścian i sufitów, każdej rzeźby i mozaiki. Chodzi o osiągnięcie choćby namiastki stanu nasycenia, lub też „ogarnięcia” tej materii, żeby móc powiedzieć z czystym sumieniem: byłem, widziałem i doceniam.
Ogrom pracy włożonej w zdobienia wnętrz powala. Po prostu brak słów. Piękno rzeźb, nagrobków papieskich jest trudne opisania. No bo co można powiedzieć, gdy widzi się wyrzeźbioną tkaninę, która wygląda lekko i zdaje się unosić, a mózg podpowiada, że to kamień, że to waży zapewne dobrych kilka ton… Co powiedzieć o figurze Matki Boskiej, dłuta Michała Anioła (Pieta), trzymającej na kolanach zdjętego z krzyża Jezusa? Jest to przepiękne dzieło, przejmujące, wzruszające, w pewnym sensie nierealistyczne, ale sprawiające, że człowiek stoi i ogląda każdy jego detal i każdym tym detalem się zachwyca. W końcu co powiedzieć o transepcie, o przestrzeni tak wielkiej, że zmieściłaby się w nim cała Lady Liberty z Hudson Bay i to z postumentem!
Mógłbym godzinami rozpisywać się o każdym zakamarku wnętrza, o absolutnie genialnej formie Baldachimu Berniniego, którego gęsto żebrowane, spiralne kolumny, jak już wspominałem odlano z brązu pozyskanego ze stojącego niedaleko przecież Panteonu. Mógłbym pisać też o mozaikach, które nawet z bliska wielu, w tym i mnie, wydają się olejnymi obrazami. Mógłbym pisać o polichromiach, o przepięknych posadzkach, o metafizycznej atmosferze w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Mógłbym o tym pisać, ale odczuwam absolutną do tego nieadekwatność, jak również potrzebę powrotu tam by spędzić tam bez pośpiechu tyle czasu, ile będę chciał, na studiowaniu wszystkiego, co mnie zainteresuje. A jest co studiować i oglądać. Nie jestem w stanie, choćbym nie wiem jak się starał, opisać wspaniałości tego miejsca. Nie wiem czy potrafię. Aby docenić samą Bazylikę, trzeba kilku solidnych w wymiarze czasowym wizyt. Ale to, mam nadzieję, przede mną. Wiem jedno: dla mnie wizyta w Rzymie bez wizyty na Watykanie nie ma zwyczajnie sensu. Kuchnia, starożytność i Watykan – wyjąwszy jeden z tych elementów, Rzym, przynajmniej dla mnie nie istnieje.
Szalenie interesującym doświadczeniem jest wizyta na dachu Bazyliki i na jej kopule. Na dachu mieści się nawet poczta, z której można, jeśli się chce, wysłać do rodziny lub znajomych pocztówkę z pieczęcią Watykanu. Jest też bistro. Ale clue programu jest niewątpliwie wejście na szczyt kopuły. Wspominałem już o widoku z dachu Altare della Patria, ale ten jest moim zdaniem jeszcze piękniejszy. Cały Rzym u stóp. Pierwszy plan walczy o prymat z drugim i trzecim planem i z tłem. Oś Placu Św. Piotra przechodzi w oś Via della Concilazzione (Droga Pojednania), by następnie dotrzeć do Tybru i Castel Sant’Angelo. Widać dach Kaplicy Sykstyńskiej, a dalej w lewo przepiękne ogrody watykańskie. Sama kopuła zaś posiada 48 małych okien (plus 16 dużych w tamburze, zapewniających dodatkowe doświetlenie wnętrza Bazyliki).
Patrząc z zewnątrz, stojąc na tarasie latarni można dostrzec, że na każdym, pokrytym spatynowaną miedzianą blachą zadaszeniu tych małych okien kopuły widnieje inskrypcja z imieniem pontyfikalnym któregoś z papieży. Zbiegiem okoliczności wykonałem zdjęcie, ustawiając ostrość na jedną z takich inskrypcji: Leo XIII. Pół roku później, jechaliśmy camperem na Pelješac, podczas gdy w Rzymie trwał drugi dzień konklawe. Czwarte głosowanie. Zatrzymaliśmy się na wysokości Wyspy Pag by szybko włączyć relację live na YouTube. Biały dym… 8 maja 2025, wybrano na papieża kard. Roberta Prevosta, który przyjął imię Leo XIV. Przypadek? Nie sądzę.
Watykan jest miejscem, które tak silnie działa na człowieka z jeszcze jednego prostego powodu: niezmienności. Pisząc ten tekst włączyłem sobie video z wyboru Karola Wojtyły na papieża. Kamera pokazała Plac Św. Piotra, kolumnadę Berniniego, obelisk, Via della Conciliazzione. Pomyślałem: kurczę, przecież to się nic nie zmieniło. No właśnie. Żyjemy w świecie, który się szybko zmienia. W każdym aspekcie. Czasem oglądamy jakieś zdjęcia sprzed zaledwie kilku lat i mówimy: o, tego budynku już nie ma, tu teraz jest bank, tych drzew jeszcze nie było, a tam biegnie nowa droga. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko płynie. Wszystko ewoluuje. Tu coś powstaje, tam znika, jeszcze gdzie indziej coś wyburzą i zbudują na tym miejscu osiedle. Poszerzą drogę, usuną drzewa, zmienią elewację, inaczej pomalują, powstanie mural, zniknie mural, wyrośnie wieżowiec albo centrum handlowe na dzikiej dotąd łące przy nowej ekspresówce. A ja oglądam video sprzed niemal pół wieku i widzę te same miejsca, w których jeszcze niedawno sam spacerowałem. Miejsca, które nadal wyglądają tak samo, nie wydają się obce i nie prowokują myśli w rodzaju: „ale się wszystko pozmieniało”.
Tak, te trwanie, ten kamień, ta niezmienność – to jest jeszcze jeden łącznik przeszłości z teraźniejszością. Podobnie jak marker, biała płyta wmurowana w bruk Placu (po jego prawej stronie zwróciwszy się ku Bazylice, mniej więcej tam, gdzie łuk kolumnady kończy swój bieg) upamiętniająca miejsce zamachu na Jana Pawła II. Bardzo chciałem być w tym miejscu, zlokalizować je sobie fizycznie w przestrzeni Placu i to się nam udało. W dodatku nie szukaliśmy informacji o tym gdzie ten marker się znajduje, ale zrobiliśmy to analizując perspektywę widoczną na video z tamtego dnia. To następna kotwica czasu. To było tu. Konkretnie tu. Stoisz tam człowieku i masz przed oczami historię. Przecież to niebywałe.
I tym, myślę, zakończę ten mój pierwszy wpis. Zakończę go konstatacją o tym jak ważna dla człowieka jest trwałość i niezmienność. I dlatego Rzym tak przyciąga. Ludzie potrzebują stałości. Na dłuższą metę źle się czujemy w środowisku częstych zmian. Lubimy przewidywalność. Tak fizyczną, w rozumieniu fizycznego otoczenia, ale też w polityce, czy w podejmowanych decyzjach w miejscu pracy. Chcemy stabilizacji, chcemy kontynuacji pozytywnych zjawisk i dobrych decyzji. Dobrze czujemy się odwiedzając miejsce, które nie zmienia się drastycznie, które trwa. Przyjemnie jest wrócić na urlopie w ulubione miejsce i zobaczyć je takim, jakie było, gdy byliśmy młodsi. Odczuwa się wtedy prawdziwy związek z miejscem, odczuwa się swoją własną w nim obecność i zostawiony ślad. Czujemy się „u siebie”. Czujemy się częścią czegoś o wiele większego niż my sami. Czujemy się częścią historii tego miejsca i ważną częścią na osi czasu. Dokładnie tak poczułem się oglądając archiwalne video z wyboru Wojtyły na papieża. Będąc samemu w Wiecznym Mieście, poczułem się częścią jego historii i wiem, że zapisałem się w jego wiekowym, powoli płynącym czasie.